ENG
A A A
 kwiecień 2020 

Otwieramy okna, aby widzowie mogli zajrzeć do wnętrza bastionu – z Patrycją Płanik i Tomaszem Bazanem rozmawia Barbara Żarinow

Barbara Żarinow | taniecPOLSKA.pl | 2014

Wywiady

5 listopada 2014

Czy grozi nam katastrofa?

 

Patrycja Płanik: Oczywiście.

Tomasz Bazan: Grozi nam totalna katastrofa. Jestem przekonany, że wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Jestem przekonany, że to nie będzie koniec, jaki zakłada rzeczywistość science fiction. To będzie długi proces. 

 

Ale nad nami Polakami? Europejczykami?

 

T.B.: Nad wszystkimi ludźmi. Jednak ona nie nastąpi za godzinę, ani za miesiąc.

 

A co się wydarzy?

 

P.P.: Sądzę, że wartości się rozmyją. Ludzie nie będą potrafili ocenić, zorientować się, co jest dla nich tak naprawdę ważne.

 

T.B.: Zacząłem się zastanawiać czym w ogóle jest „wartość”. Mam wrażenie, że dzisiaj to słowo, to jakiś rodzaj nowomowy. Przecież wszystko zależy od tego jak patrzysz na świat. Czy z perspektywy humanistyki europejskiej, czy religii buddyjskiej, a może islamskiej? Wydaje mi się, że katastrofa nastąpi, ponieważ nasza planeta tego nie wytrzyma. Koniec jest dwutorowy: mentalny i fizykalny. Ludzie już przekroczyli granicę, z której wątpię, aby potrafili się wycofać. Mam na myśli konsumpcjonizm i brak poszanowania dobra drugiego człowieka. Ludzie od kilkudziesięciu lat tworzą inteligentny system, który ich eliminuje. Cała historia cywilizacji ludzkiej do końca XIX wieku to były wprawki.

 

P.P.: To już zaczyna się dziać w Japonii, tam konsumpcjonizm rozszalał się i nie ma od niego ucieczki.

 

T.B.: Produkuje on puste społeczeństwa, która nastawione są już nawet nie na przetrwanie…

 

P.P.: …nie na przetrwanie a zużycie dóbr. Rozmawialiśmy podczas naszego ostatniego pobytu w Japonii z mieszkańcami o katastrofie elektrowni jądrowej w Fukushimie i ku naszemu zdziwieniu oni nie mają dostępu do wiedzy, na temat tego, co w związku z tym dzieje się obecnie. Nie są świadomi, że tak naprawdę to zagraża ich życiu i zdrowiu, bo przecież Fukushima oddalona jest od Tokio tylko o 150 km. Ten pęd do konsumpcji spowodował, że wyparli ze świadomości poczucie niebezpieczeństwa. Nie chcą dopuszczać do siebie informacji, że ta katastrofa realnie im zagraża.

 

T.B.: Cały system nie jest produkowany (bo systemy dzisiaj się „produkuje” w zależności od potrzeb grup rządzących) po to, aby trwał jako pewna jakość, ponieważ jakości nie są już potrzebne, co więcej, na różnych polach interesów są zagrożeniem. Systemy koreluje się tak, aby jak najszybciej się zużywały, żeby móc tworzyć nowe, co daje wymierne postaci bezwzględnego zysku. Jest taka scena w filmie [Sprited Away:] W krainie bogów Hayao Miyazakiego: mała dziewczynka razem ze swoimi rodzicami znajdują zagubione miasteczko, a w nim kawiarnię, w której na stołach jest ogromna ilość jedzenia. Rodzice zaczynają jeść i nie są w stanie opanować się, w pewnym momencie córka zauważa, że jej mama i tata zamienili się w świnie. Mam wrażenie, że my jako społeczeństwo, o ile nie stanie się coś niespodziewanego: inwazja obcych, katastrofa ekologiczna, jądrowa, to nie obudzimy się z tego marazmu. Europa, świat Zachodu jest bańką, w której żyją ludzie niechcący zauważyć ogromu bólu i cierpienia, który występuje poza jej granicami. Pomimo że brzmi to jak slogan, powinno być dla nas realnym ostrzeżeniem: świat „wartości” Europy i zachodu przemija, rozmywa się, mutuje - ten proces nie zmierza do humana sapientia (łac. człowiek mądry), lecz wręcz przeciwnie do humana stulto (łac. człowiek ogłupiony).

 

Mam wrażenie, że zachodzi też zjawisko cybernetyzacji rzeczywistości, która nie polega tylko na cyborgizacji jednostek biologicznych, ale również cybernetyzacji ulega sam proces myślenia. Ludzie porzucają myślenie humanistyczne na rzecz kodu zero-jedynkowego. Erozja nie tylko europejskich wartości postępuje m.in. na skutek zmiany ich nośników. Nastąpiła swoista agresja kodu zero-jedynkowego, komputerów. System wartości zaczyna wtłaczać się w ten kod, staje się cybernetyczny, porzuca żywotność biologiczną na rzecz projektu. Traci swą nieprzewidywalność, bo z natury zakłada pewną zmienność. Wartości ewoluują, nie są dane raz na zawsze, a kod zero-jedynkowy jest bezdyskusyjny. To jest ta kolizja wartości, o której tak często się mówi.

 

 

Czy podróż do Japonii miała wpływ na wasz najnowszy spektakl – Bastion, na jego ideologiczną sferę?

 

P.P.: Do Japonii jechaliśmy z myślą, że Europa się kończy, że wsiadamy do ostatniego samolotu i ruszamy w inny świat, posługujący się kodem, który jest nam kompletnie obcy. Dla Europejczyka może być to apokalipsa, ponieważ nie jest w stanie zidentyfikować się z nowym środowiskiem. Nie jest możliwe porównanie życia w Japonii do tego w Europie. Wydaje mi się, że nasze projekty tj. film, który nakręciliśmy w Japonii i nasz najnowszy spektakl łączy wspólna linia. Myślę, że można je traktować jako dyptyk.

 

T.B.: Tak, ta podróż miała na spektakl ogromny wpływ, chociaż była czystym szaleństwem. Pojechaliśmy na drugi koniec świata, aby spróbować się wyciszyć. Postawiliśmy sobie również pytanie: co znaczy „wartość”? Co musi się zdarzyć w czasoprzestrzeni, żeby nazwać coś „wartością”? Czym ona jest? Czy to są pieniądze, wolność, komfort socjalny, komfort myślenia projekcyjnego, kreacja mentalna? Okazuje się, że dekalog, na którym bazowała cała Europa i którym terroryzowała pół świata wyeksploatował się. Bo co oznacza dzisiaj „nie zabijaj”, lub „nie kradnij” w społeczeństwach, które się na tym opierają? To są zużyte hasła. Upraszczając, możemy rzec, że przecież cały Zachód bazuje na tym, aby zabierać większości na rzecz korzyści wąskiej grupy ludzi. Dzisiejszy świat nie przyjmuje prostych odpowiedzi, dlatego prosty Dekalog już nie działa.

 

 

Za inspirację do Bastionu posłużyły dwie książki, całkowicie różniące się od siebie: Bastion Stephena Kinga, który jest fikcją literacką i Europa w obliczu końca Marcina Króla, będąca naukową analizą współczesnej sytuacji Europy. Jednak wy odnaleźliście w nich wspólny punkt.

 

 T.B.: to jest bardzo zabawna sprawa, bo podejrzewam, że ani Stephen King ani Marcin Król nie uwierzyliby w to, że ktoś próbuje ich połączyć.

 

P.P.: Ani tym bardziej, że z połączenia ich książek można zrobić spektakl.

 

T.B.: Wydaje się to w ogóle niemożliwe, ale po tym jak kilka razy przeczytałem obie te książki, a także zapoznając się z pozostałym dorobkiem obydwóch twórców (obecnie przygotowujemy się do nowego spektaklu na podstawie innej powieści Kinga – Lśnienie), to zauważyłem, że w tej pozornie konsumpcyjnej i popkulturowej rzeczywistości Stephena Kinga i tym stricte naukowym świecie Marcina Króla jest jedno podstawowe połączenie – ogromna wiara w człowieka.

 

P.P.: U nich człowiek zawsze jest w centrum.

 

T.B.: Obaj wierzą w „dobrą” cząstkę człowieczeństwa.

 

P.P.: Pomimo tego, iż King prowadzi narrację podkreślającą negatywny aspekt konsumpcjonizmu.

 

T.B.: King i Król zostawiają czytelnika z myślą, że po upadku cywilizacji, czy jakiejkolwiek kultury człowiek ma szansę podnieść się na nowo. Król wyciąga ten wniosek jak przystało na filozofa, poprzez analizę systemu wartości; natomiast Stephen King jako znawca absolutny cywilizacji konsumpcyjnej, ponieważ sam żyje w jej epicentrum, czyli Ameryce.

 

P.P.: King sam w sobie jest produktem, ikoną popkultury.   

 

W takim razie co jest bastionem?

 

T.B.: U Kinga jest nim po prostu człowiek, jego umysł i determinacja, wola przetrwania, choć on sam [człowiek] nie jest idealny, bo nie istnieje idealny schron w ogóle. Tego samego zdania jest Król. Nie ma jakiegoś super systemu, który nas ocali, np. systemu wartości europejskich. Jedyną naszą realną nadzieją jesteśmy my sami. Bastionem jest po prostu nasz umysł. Nim jednym możemy się posłużyć i ostatecznie obronić.

 

A czym jest bastion dla Was?

 

P.P.: Dla mnie jest to szczera, prawdziwa obecność drugiej osoby. Nie mogę sobie wyobrazić, że bastion mógłby być we mnie. Mogę taki sposób myślenia o sobie uruchomić, ale tylko wobec obecności, w której ja mogę się odbić. Jest to coś kompletnie nienamacalnego i może się wydarzyć poza jakąkolwiek materią. Nie czujesz się wtedy samotnie w myśleniu i nie jesteś pozostawiony samemu sobie.

 

T.B.: Bastion, biorąc pod uwagę semantykę tego słowa, jest określeniem rzeczy wspólnej dla jakiejś określonej grupy ludzi. W słowo to wpisana jest także jego użytkowość – bastion to nie jest przestrzeń komfortu, istnieje po to, aby ocalić to, co najcenniejsze. Nie ma w nim miejsca na próżność. Bastion jest precyzyjnie zaplanowany, wzmocniony przez siłę wielu ludzi. Tylko jeżeli potrafisz prowadzić swoje myślenie ostro, czyli w zgodzie ze sobą, jeśli potrafisz nawiązać z kimś dialog (a dialog to kompromis) jesteś w stanie zbudować z nim bastion. Relacje z innymi ludźmi – to jest bastion.

 

P.P.: Bastion to jest też coś, co daje ci możliwość realnego odczuwania przepływu istotnych dla ciebie informacji. Jest przestrzenią stałą, ale ma w sobie element zagrożenia, nie czujesz tam komfortu, bo przygotowana jest na stan wyjątkowy.

 

T.B.: Bastion to nie jest skansen. Chronisz się w tym miejscu, aby móc później je opuścić, jest sferą przejściową. To może być teoretycznie odpowiedź Kinga na książkę Marcina Króla – że wartości też należy porzucać (choć jak wiemy książka Kinga powstała o wiele wcześniej). Nie należy z bastionu próbować tworzyć monumentów, gdyż wtedy zamieniają się w monolityczne struktury, a stąd już tylko krok do dyktatury i autorytaryzmu. Byłem ostatnio w Rzymie i przechodziłem obok Watykanu. W roześmianym, roztańczonym, pulsującym życiem i ciepłem seksualnym Rzymie stoi otoczona murami smutna, zamknięta twierdza, doskonały przykład monolitu – symbol absolutnej władzy wąskiej grupy ludzi nad człowiekiem. Przestroga. Bastion, biorąc też pod uwagę średniowieczną nomenklaturę był miejscem, w którym w chwilach zagrożenia znoszono zasady dnia codziennego. Umierały tam ogólnie przyjęte standardy na rzecz kompromisu, niemal tak samo była traktowana szlachta jak i chłopstwo. Jeżeli dochodziło do zagrożenia wszyscy chwytali za broń. To jest ciekawe, że bastion daje nadzieję na spełnienie hippisowskiej utopii wolności.

 

P.P.: Jednak wiadomo, że nie jest możliwa jej pełna realizacja, dlatego to stan wyjątkowy. Osiąga się go tylko w momencie jakiegoś zagrożenia, a potem znika. Przecież nie jest możliwe życie poza system, w ramach którego tworzą się klasy.

 

Co stanowi bastion w spektaklu?

 

T.B.: Dla mnie jako reżysera to przede wszystkim ciało. Bo pojemnik własnego ciała to jedyny bastion, jaki ostatecznie posiada człowiek. Obserwacja jego granic i jego możliwości w poczuciu zagrożenia, zamknięcie go na ringu własnych ograniczeń, to obrona tego bastionu – bastionu, który ma przypominać o tym, że trzeba walczyć zawsze o myśl, o rozwój i nie dać nigdy uwięzić się w sztywnych strukturach, w systemie. System ma służyć i tylko taka jest jego rola. Nic ponad to. Zasady, ograniczenia i urzędnicza struktura jest tworzona po to, aby wspomagać proces kreacji i kreatorów – tam, gdzie następuje zaburzenie tej proporcji grunt się wyjaławia, kreacja zanika i pojawia się pusty monolit. To jest też myśl wokół postrzegania bastionu w naszym spektaklu. Praca z Tomaszem Fabiańskim była dla mnie ogromnym doświadczeniem, szczególnie, że miałem dzięki jego mistrzowskiej technice możliwość preparacji („obrabiania”) ciała baletowego w choreografii. Fascynujące dla mnie jako choreografa było badanie granic ciała-maszyny, wydawać by się mogło dzięki perfekcji techniki baletowej odpornego na zmęczenie, nieograniczonego ruchowo. Mnie jako choreografa fascynowało stawianie Fabiańskiego na granicy możliwości ludzkiego ciała, bo za tym szły nowe pytania, pojawiały się nowe struktury. Fascynujące było korzystanie ze struktur i form baletowych, bez obciążenia całym anturażem świata baletu i jego kanonu. W pewien sposób zafascynowało mnie też zjawisko lekcji tańca klasycznego, powtarzanej codziennie przez tancerzy baletowych, których nikt oczywiście nie ogląda, żmudnych ćwiczeń, tortury ciała. A to jest też forma obrony bastionu.

 

 

P.P.: Bastionem jest też formą myślenia i sposób narracji, na który my sobie pozwalamy. Jest to bezpieczeństwo wobec ryzyka, które podejmujemy jako twórcy, którzy spotykają się we wspólnej, zupełnie iluzorycznej przestrzeni performansu.

 

T.B.: Bastionem jest też niezgoda na proponowaną zewsząd łatwość, lekkość, naiwność zdarzenia performatywnego, które ma się mieścić w określonych granicach, zaspokajać widzów i nas, dawać poczucie komfortu. Mam na myśli zarówno tancerzy, publiczność jak i krytyków. Wierzę, że zawsze wokół badań nad choreografią powinien pojawić się człowiek, jego epicentrum, jego najgłębsza część istoty, tj. jego życie i jego umysł. Tylko tyle i aż tyle. Projektów na temat zjawiska cząstek w elektrociepłowni robić nie będziemy.

 

P.P.: Najgorsze, na co możemy sobie pozwolić, to wypracować sposób, który dąży do zaspokajania siebie i innych w sztuce. To jest miałkie.

 

T.B.: Bastion jest też strukturą zaczepną, prowokuje do ataku. Jest miejscem, które skupia w sobie ogrom osób, myśli i wartości. To nie jest łatwa struktura do zdobycia, ale też i do obronienia.

 

 

Wasz spektakl z pewnością nie jest łatwy dla publiczności, która nauczyła się, że artysta wychodzi naprzeciw jej oczekiwaniom. Duża liczba powtórzeń wydłuża czas trwania spektaklu, wymaga to od widza chęci czekania na to, co wyklaruje się z ruchu.

 

 

T.B.: Widzowie sami muszą odpowiadać na pytania, sami walczyć z tym, czego oczekują, a co dostają. Czas w spektaklu był taki, jaki miał być. Wynikał z procesu, z naszych poszukiwań i służył temu, aby podać formę myślenia, jaką obraliśmy w spektaklu. Artysta nie jest od tego, aby wychodzić naprzeciw oczekiwaniom publiczności: jeśli obiera taką drogę, to przepoczwarza się w rzemieślnika.

 

P.P.: To nie jest długi spektakl. Myślę, że tak samo jak my musimy sobie zapracować na to, aby powstał jakiś komunikat, tak samo publiczność musi sobie zapracować na jego odbiór. To nie jest jednostronna sytuacja.

 

T.B.: Jako wspólnota możemy zrobić tylko jedną rzecz – zadawać sobie pytania i to jest już sukces. Ten czas w spektaklu jest potrzebny zarówno dla nas, jak i dla publiczności, wspólnie nad nim pracujemy.

 

Jest trójka bohaterów: Adam, Daniel i Europa, pojawia się także postać Marcina Króla. Kim oni są? Języki ich ciał różnią się od siebie, każdy z nich porusza się w odmienny sposób, czy oni kiedyś dojdą do porozumienia?

 

T.B.: Oni są ludzkim plemieniem. Ich imiona reprezentują ogromne obszary człowieczeństwa: Starotestamentowy Adam, czy Daniel w jaskini lwów. Nie do przecenienia jest postać Europy, która w tym spektaklu została wyśmiana w obliczu końca. Historia tych trzech postaci ostatecznie się zawiązuje. W końcowym fragmencie filmu widzimy plemię, które narodziło się po upadku „Europy”. Plemię ludzkie wróciło do ogniska (wróciło do „żaru”) i tworzy nowy system, cokolwiek to znaczy. Tu moim zdaniem uwidacznia się przewrotność umysłu Marcina Króla, który często jest uważany za pesymistycznego filozofa, ale ja dostrzegam w nim ogromny potencjał wynikający z jego humoru i dystansu, jaki przyjmuje wobec opisywanych zjawisk – twierdzi, że cokolwiek się wydarzy i tak będzie dobrze, więc chyba należy mieć nadzieję. Jako artystę interesuje mnie utopia powstania nowego plemienia – nowego początku. Idę za tymi filozofami, artystami, którzy twierdzą, że po apokalipsie (bo co do tego, że ona nastąpi, wszyscy są zgodni) powstanie właśnie nowe plemię. W filmie Patrycji Adam ginie, ale zaraz widzimy go, kiedy biegnie po łące, nagi, piękny, nie przysypany brudem przeszłego myślenia. Z nowym plemieniem „stanie się nowe” jak mówi Stary Testament. Musimy w to wierzyć i musimy o to zabiegać, walczyć.

 

Ale zanim to nowe nastanie posługujemy się starym kodem, wyznajemy stare wartości. Na scenie Daniel i Adam posługują się dawnym systemem znaków, np. w choreografii Adama kilkakrotnie pojawiają się charakterystyczne fragmenty ze Święta wiosny Niżyńskiego.

 

T.B.: Stare musi odejść, żeby było nowe. Wykorzystanie fragmentów, kilkusekundowych sekwencji ze Święta wiosny Wacława Niżyńskiego było próbą zaznaczenia w postaci Adama jego specyfiki jako przedstawiciela culture regime – doskonałego pojemnika, nośnika, który posiada w sobie wszystkie choreografie i zdolność ich przywracania. Czy naprawdę takiego świata chcemy? Bezpiecznego magazynu myśli?

 

Sposób poruszania się Europy znacznie różni się od Adama i Daniela, nie jest wyuczony, a organiczny.

 

P.P.: On niczemu nie odpowiada, nie ma żadnej struktury, on jest metodą na czas i obrazem męki tej konkretnej jednostki.

 

T.B.: Jest drogą Europy w obliczu końca, a koniec jak w sekwencji Europy w spektaklu (Patrycja Płanik) będzie owocował w feerię śmiechu ze strony obserwatorów. Widzimy to już teraz. Proszę popatrzeć na Rosję i stosunek Europy do jej polityki jaką prowadzi wobec np. Ukrainy. Pojawia się na naszych ustach uśmiech.

 

Europa nie ma twarzy, bo jest w masce, Daniel podobnie, chociaż udaje mu się ją ściągnąć.

 

T.B.: Ta maska generuje coś, co moglibyśmy nazwać tajemnicą braku odpowiedzi, braku komfortu. Znaleźliśmy te maski w środku tokijskiej metropolii.

 

P.P.: To komfort rozkodowania języka. Czas ciała się zużywa. Pozostaje maska - struktura.

 

 

Wideo pełni znaczącą rolę w tym spektaklu. Jest dodatkową linią fabularną. Jak wygląda jego relacja z działaniem na scenie?

 

T.B.: Myślę, że jest to jedna, ta sama linia fabularna.

 

P.P.: Wideo prowadzi całą narrację tego spektaklu. Pokazuje człowieka, w przeciwieństwie do sytuacji, która dzieje się na scenie. Poszerza horyzont zdarzeń, dramaturgię.

 

Tu dochodzi trochę do paradoksu, bo prezentujecie prawdziwy obraz człowieka na wideo, nośniku, który uważany jest za narzędzie manipulacji.

 

T.B.: My w tych filmach nie ukrywamy procesu ich powstawania. Celowo otwieramy okna, aby widzowie mogli zajrzeć do wnętrza bastionu, żeby zobaczyć jak wygląda walka. To jest część procesu.

 

P.P.: Mamy świadomość, że to może się nie udać.

 

T.B.: Wydaje mi się, że jest to uczciwe w stosunku do odbiorcy.

 

P.P.: Film jest najbardziej perfekcyjnym medium do manipulacji, może wygenerować dowolną przestrzeń. Pokazując całość takiego wideo rezygnujemy z tej możliwości. Nie montowałam scen, wszystkie sekwencje, które pokazujemy w spektaklu zostały nagrane tylko raz. To jest jeden master shot. Chodzi o to, żeby nadstawić trochę kark, żeby nie nastawiać się tylko na efekt, bo to jest bardzo wielka pułapka.

 

T.B.: Ten proces, który odsłaniamy daje mi poczucie, że mogę w tym partycypować jako artysta i jako widz, te dwie role są od siebie odcięte. Mam szansę wysyłać znaki, że jestem tu i mam nadzieję, że to ktoś odczyta. To jest też przesłanie, żeby nie oszukiwać czasu, że on sam w sobie jest procesem. Nie jest ważny tylko efekt końcowy, a cały szereg przygotowań, ich zbiór. Oczywiście scena generuje taką przestrzeń, która uniemożliwia nakreślenie tego dokładnie, ale są środki, aby to zarysować.

 

 

Czy „proces” objawia się tylko poprzez czas, czy jest w tym spektaklu jeszcze domieszka np. improwizacji?

 

T.B.: Akurat w tym spektaklu o improwizacji mowy być nie może. W przeciwieństwie do naszych poprzednich spektakli ten posiada precyzyjnie zaprojektowaną choreografię.

 

Porównując ten spektakl do poprzednich, np. do Whatever, mam poczucie dwóch zupełnie różnych światów choreograficznych. Czy może istnieje jakiś punkt styczny?

 

T.B.: Jest jeden, niezmienny, obecny we wszystkich naszych poszukiwaniach – ciało i jego granice. Tyle, że w Whatever i Bastionie do tej granicy podchodzimy z dwóch biegunów, ale ciągle jest to ta sama granica – ciało jako pojemnik. Moją jedyną  potrzebą jest zadanie pytania, nie chcę mieć nic wspólnego z odpowiedzią. Bo nie wierzę w to, że istnieje jedna odpowiedź.

 

W wywiadzie, jaki przeprowadziła z tobą Anna Królica do książki Pokolenie Solo mówiłeś o Station de corps jako o wyspie do której płynęliście przez kilka lat, która zakończyła ważny etap twórczości. Jak nazwalibyście ten okres po Station?

 

T.B.: Station de corps był taką wyspą, na którą dopłynęliśmy po dobrych kilku latach naszych badań, obserwacji, podróży i poszukiwań. Tamten spektakl był niejako podsumowaniem ważnego etapu w naszej pracy (i mojej jako choreografa). To w tamtym spektaklu tak mocno zaczęliśmy eksplorować ludzkie ciało, jako nośnik ducha. Z Whatever mam wrażenie, że dopłynęliśmy na tzw. czarny ląd, a teraz z Bastionem wkraczamy w lasy deszczowe. To jest już jakaś inna ziemia. To bardzo istotne jak mocno połączył się los mój i Patrycji Płanik. Zaczęliśmy przede wszystkim patrzeć na człowieka i obserwować go za pomocą nowych technologii, proces rejestracji stał się kluczowy – on wytycza nam teraz ścieżkę.

 

P.P.: Zapisaliśmy ostatnie cztery lata naszej pracy w systemie zero-jedynkowym

 

T.B.: I przyglądamy się procesowi zadawania pytań poprzez ten system. Odwróciliśmy oko soczewki. Zaczęliśmy patrzeć na naszą pracę z zupełnie innego punktu.

 

P.P.: Zadajemy sobie pytanie, gdzie dzisiaj jest największe miejsce prezentacji sztuki. Okazuje się, że jest to przestrzeń wirtualna, Internet, media. Niezależnie od tego, na jaką salę wejdziesz z performansem, jakiej publiczności nie zgromadzisz i tak będzie to wciąż mały ułamek tego, co daje ci zapis i możliwość jego ekspansji.

 

T.B.: Może jest to spełnienie marzenia, żeby schwytać tę ulotność, mówi się, przecież że taniec funkcjonuje tylko na żywo, lecz ogromnie ważna jest próba zapisania tego procesu. Nie tylko powstawania tańca, ale też procesu myślenia o nim.

 

P.P.: O tym były wszystkie dokumenty, które powstały w ramach Maat Festivalu, że taniec nie zaczyna się budować w ciele, czyli warsztacie.

 

 

W tym wywiadzie z Anną Królicą, przypomnę, że był to rok 2012, na określenie Teatru Maat Projekt używasz słowa bastion. To przez przypadek? Czy już wtedy myśleliście o tym spektaklu? Wiem, że długo pracujecie intelektualnie nad każdym przedsięwzięciem i podróżujecie z nim.

 

T.B.: Prawda jest taka, że nasz teatr traktujemy jak bastion w obliczu tego wszystkiego, co obserwujemy. Chroni nas przed głupotą urzędniczo-systemową. To jest miejsce targu, gdzie muszą zostać wniesione ogólnie przyjęte zasady, gdzie wszyscy znajdujemy się na jednym gruncie i z tego punktu wyjścia możemy wyruszyć dalej. Prawdą jest, że my zawsze podróżujemy ze spektaklami. Nie wyobrażam sobie pracy nad jakąkolwiek formą sztuki, siedząc przed komputerem, będąc w jakimś stanie mentalnego zasiedzenia. To jest nie możliwe. Nie wierzę w artystów i kreacjonizm, który jest przyrośnięty do jednego miejsca, popularnie zwanego stołka. To nigdy się nie sprawdziło: artystów to gasi, a urzędników napawa coraz większym cynizmem i bezkarnością. Wierzę w świat, który przepływa, artysta musi się nim napełniać i tylko wtedy jest w stanie przynieść coś tym, dla których pracuje i którym służy. Jeśli chce tworzyć, musi wyjść poza system .

 

P.P.: Myślę, że w sztuce chodzi też o to, by budować dla siebie przestrzenie, w których czujesz się bezpiecznie, oczywiście jest to możliwe tylko wobec jakiegoś ryzyka. Nie mówię tutaj o tym by lokować się w wygodnych sytuacjach, bo zabijają one jakąkolwiek kreatywność.

 

T.B.: Ten nasz bastion jest też przestrzenią pogranicza, ponieważ to ludzie, którzy przepływają przez niego i odchodzą  mają wpływ na jego kształt.

 

Jest to odczuwalne na waszym festiwalu. Artyści, przyjeżdżając na rezydencje, wchodzą do tego bastionu i dzięki temu mogą odciąć się od wszystkiego, co przeszkadza im w procesie twórczym; np. Adi Weinberg mówiła, że u was odnajduje spokój, który jest jej potrzebny.

 

P.P.: Pamiętajmy jeszcze, że w kontekście tego, co zdarzyło się w tym roku w Izraelu, to rzeczywiście nasz festiwal można nazwać bastionem.

 

T.B.: Po to przecież istnieje sztuka, temu ma służyć: tworzeniu miejsc wolności, wolnego myślenia, pozwolenia sobie na to myślenie, aby w konsekwencji odkryć coś nowego. Sztuka, jestem o tym przekonany, nie polega na wyrobniczym, rzemieślniczym działaniu, czy na szlifowaniu techniki, bo to samo w sobie jest głupotą, jeśli za tym nie idzie chęć porozumienia się ze światem i poczucie misji odkrywcy, jakkolwiek mogłoby to wydać się naiwnym. Budynki, technika, pieniądze, instytucje, urzędnicze struktury to tylko narzędzia, nie ma w nich żadnej wartości naddanej, wartości są tylko w ludziach. Jestem naprawdę dumny, że nasz festiwal jest w tym roku bastionem dla Izraelczyków, którzy przyjeżdżają tutaj z myślą, że w ich kraju toczy się wojna. Przyjeżdżają tutaj i mogą spokojnie pracować, myśleć, ponieważ u nich dużym problemem jest produkcja spektakli – w naszym europejskim rozumieniu. Cieszę się również z tego, że rok temu był bastionem dla polskich tancerzy, którzy w naszym kraju również nie mają niemal żadnej stałej opieki (jak to np. ma miejsce w systemie francuskim); jeśli nie funkcjonujesz w jakimś zespole baletowym, czy instytucji to twoje szanse na godne życie jako artysty są nikłe, a to błąd: państwo, które nie wspiera artystów, twórców karleje. Dziś zachowywane są pozory, ale realnie pomocy nie ma.

 

P.P.: Każdy z rezydentów i gości, którzy przyjeżdżają na nasz festiwal, mówi o sytuacji, w której nie czują się komfortowo jako twórcy, więc my oddajemy im przestrzeń, która jest czysta, nic nie narzuca.

 

T.B.: Owszem, artyści przyjeżdżają do naszego bastionu i wszystko mają zapewnione, ale muszą poradzić sobie sami. Jako kurator nie naciskam na nich, proszę ich tylko o obronę twierdzy ciała, myślenia.

 

Ostatnim pytaniem niech będzie to, które zadajecie wszystkim swoim rezydentom: Gdybyście mieli możliwość powiedzenia czegoś wszystkim ludziom na Ziemi, co by to było?

 

T.B.: Kochajcie swoje ciała i kochajcie je porzucić.

 

P.P.: Dbajcie o siebie w byciu wspólnym, bo nikt, kto jest sam nie przetrwa.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia