ENG
A A A
 sierpień 2020 

„Kopciuszek” w stylu haute couture – z Jackiem Przybyłowiczem rozmawia Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna Gardzina-Kubała | TaniecPOLSKA.pl | 2014

Wywiady

18 lutego 2014

Z Jackiem Przybyłowiczem, choreografem, zastępcą dyrektora do spraw baletu Teatru Wielkiego w Poznaniu rozmawia Katarzyna Gardzina-Kubała

 

Kopciuszek to balet dla dzieci, czy dla dorosłych?


Ja sam czuję się czasem dużym dzieckiem, któremu opowieść o Kopciuszku jest bardzo bliska i zawsze się podobała. Na naszym Kopciuszku dzieci na pewno nie będą się nudzić. Postaraliśmy się skrócić go do rozmiarów odpowiednich dla małych widzów, balet zamyka się w dwóch aktach i trwa dwie godziny. Paul Chalmer jest bardzo przywiązany do przebiegu dramaturgicznego zapisanego przez Prokofiewa w partyturze, dlatego starał się zachować ciągłość akcji, usuwając tylko niektóre ozdobniki, czy wątki poboczne. Tak jak w bajkowym oryginale są czary, dobra wróżka, jest też dynia i kareta… Każdy, kto raz zetknął się z Kopciuszkiem, choćby w wersji Disneyowskiej kreskówki, w balecie rozpozna te same sytuacje i nie poczuje się zawiedziony. Sądzę, że dla dorosłego widza atrakcją mogą być dekoracje autorstwa Anny Kontek. Chodziło o połączenie bajki ze stylem haute couture. Po współpracy przy tworzeniu scenografii do Jeziora łabędziego w choreografii Kennetha Grave nie miałem żadnych wątpliwości, kogo poprosić o zaprojektowanie oprawy plastycznej do Kopciuszka.

 

Kiedy pojawił się pomysł, aby to Paula Chalmera zaprosić do pracy przy Kopciuszku?


Przymierzaliśmy się do realizacji  tego baletu od trzech lat. Szukaliśmy wersji gotowej do przeniesienia na naszą scenę, rozmawialiśmy m.in. z zespołami West Australian Ballet i Royal Birmingham Ballet. Zdecydowaliśmy się jednak na inscenizację przygotowaną specjalnie dla nas – na naszą scenę i zespół. Kiedy zobaczyłem w Hiszpanii Jezioro łabędzie w choreografii Paula, w czasie gdy sam przygotowywałem tam swój spektakl, od razu zakiełkowała myśl, że to on mógłby przygotować Kopciuszka. Niemal cudem okazało się, że miał czas i w ciągu pół roku udało się realizację sfinalizować. Mogę już zapowiedzieć, że naszą wersję chce na swoją scenę przenieść Opera Rzymska. Zresztą uważam Paula za jednego z najwybitniejszych tancerzy swojej generacji i wyjątkowego choreografa. Jego mistrzem, jeśli chodzi o opowiadanie historii za pomocą tańca jest oczywiście Cranko, u którego tańczył i pod którego wpływem pozostaje do dziś. Przyznaje jednak, że inspiruje go głównie George Balanchine  – co widać w ustawieniach korpusu i rąk tancerzy, a zwłaszcza tancerek, wyrazie sylwetki.

 

Wcześniej balet Czajkowskiego zrealizował w Poznaniu Kenneth Grave. Czy taki jest Pana pomysł na wprowadzanie lub przywracanie do poznańskiego repertuaru żelaznych pozycji baletu klasycznego – wybierać na realizatorów wybitnych europejskich tancerzy, którzy w oparciu o swoje doświadczenie sceniczne stali się choreografami tworzącymi własne wersje klasyki?


Przede wszystkim chciałem pokazać publiczności różne oblicza tańca. Mam szczęście, że już rozpoczynając pracę z poznańskim zespołem miałem do dyspozycji artystów obiecujących, gotowych do podejmowania różnych wyzwań i dalszego rozwoju. Obrana przeze mnie linia repertuarowa miała sprzyjać temu rozwojowi zespołu, co chyba się udało. Miała też za zadanie tak kształtować publiczność, aby była otwarta do odbioru różnych baletów – od romantycznych po współczesne. Niestety tytuły mniej znane niosą ryzyko, że publiczność nie zechce ich oglądać. Zawsze trzeba się liczyć z publicznością, przecież nie wystawiamy spektakli dla siebie. Uważam, że w takim miejscu jak Teatr Wielki w Poznaniu zdrowe proporcje to 75 procent klasyki i 25 procent repertuaru współczesnego.

 

Co ze wspomnianym repertuarem współczesnym? Ma szanse częściej gościć w gmachu pod Pegazem? Pełniąc funkcje dyrektora tutejszego baletu poza powtórzeniem swojej pracy Kilka krótkich sekwencji nie stworzył Pan dla poznańskiego zespołu żadnej nowej choreografii…


Starałem się przyzwyczaić publiczność Opery do tańca współczesnego, jakim jest on dzisiaj – stąd w repertuarze pojawił się wieczór Black & White. Swoich własnych choreografii nie realizowałem, bo uważam, że to nie jest odpowiednie miejsce na teatr autorski. Jednym z cennych doświadczeń była dla mnie na pewno reżyseria opery Król Edyp, którą  zrealizowałem dzięki propozycji pani dyrektor Renaty Borowskiej – Juszczyńskiej. Spektakl został zarejestrowany przez telewizję ARTE. Muszę przyznać, że bardzo kusi mnie perspektywa nowych wyzwań artystycznych. Dlatego podjąłem trudną decyzję, aby po pięciu latach zakończyć pracę w Poznaniu i wrócić do głównego mojego zajęcia, czyli do choreografii. Chcąc zrealizować wszystkie bieżące zaproszenia zaniedbałbym macierzysty zespół.

 

Za Pana kadencji w zespole poznańskim pojawiło się kilku cudzoziemców, w tym sporo Azjatów. Czy to znaczy że polskie szkoły baletowe nie dostarczają odpowiedniej liczby absolwentów czy ich poziom jest zbyt niski?


Myślę, że to nie jest do końca takie proste. Raczej idziemy za światowymi trendami. Wszędzie zespoły są absolutnie międzynarodowe – tancerze wybierają sobie miejsce pracy, podążając za repertuarem, choreografami, wyzwaniami, a dyrekcje wybierają sobie możliwie najlepszych tancerzy. Po prostu, jeśli na audycję do zespołu otrzymuję 200 zgłoszeń i wśród nich 90 procent to cudzoziemcy, to statystycznie większa jest szansa, że przyjmę cudzoziemca. Jednak, na przykład, nasza druga obsada w Kopciuszku jest w dużej mierze polska, włącznie z odtwórczynią tytułowej roli Mariką Kuczą. Oczywiście każdemu absolwentowi szkoły baletowej, nie tylko polskiej, potrzeba dwóch lub trzech lat na scenie, aby ukazać swój pełny talent i potencjał. Tancerze z Azji są znani ze swojego zaangażowania i determinacji. W Japonii wykształcenie trzeba zdobywać głównie w systemie szkolnictwa prywatnego. Chęć uprawiania zawodu jest tam wpajana od dziecka i rodzice poświęcają niemal wszystko, by umożliwić latorośli zostanie tancerzem.

 

Skoro żegna się Pan z Poznaniem nie mogę pytać o plany repertuarowe…


Realizując w 2012 spektakl dla Polskiego Baletu Narodowego poznałem Paula Boosa, wieloletniego solistę New York City Ballet, który jest jednym z głównych asystentów The Balanchine Trust. Szczęśliwie udało mi się go przekonać, aby w 2015 zrealizował w Teatrze Wielkim w Poznaniu  Serenadę Balanchine’a. W tym samym wieczorze przygotuję nową choreografię specjalnie dla poznańskiego zespołu. Mój kalendarz choreograficzny wypełniony jest niemal na dwa lata do przodu. Pracę w Poznaniu traktuję jako bardzo cenne doświadczenie. Jestem niezwykle szczęśliwy, że od 2009 roku udało mi się zrealizować spektakle m. in. takich choreografów jak: Rudi van Dantzing, Uwe Scholz, Krzysztof Pastor, August Bournoville, Itzik Galili, Rami Be’er i Keeneth Greve, których spektakle zmieniły wizerunek repertuarowy naszego zespołu.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia