ENG
A A A
 czerwiec 2021 

W oparach miłości, w poszukiwaniu szczęścia – różne oblicza tańca. III odsłona Sceny Tańca Studio 2016

Hanna Raszewska | taniecPOLSKA.pl | 2016

Relacje

9 maja 2016

III odsłona Sceny Tańca Studio 2016 odbyła się w dniach 9-11 kwietnia pod hasłem fermenti d’amore, zaczerpniętym z tytułu jednego z prezentowanych spektakli. Fermenti – w liczbie pojedynczej fermento – to po włosku enzymy, składniki procesu fermentacji, a także zakwas. Jeśli uznać miłość – amore – za stan umysłu, można uznać, że jej zakwasem są poszczególne neuroprzekaźniki, stymulujące taki a nie inny stan równowagi biochemicznej mózgu w danym momencie. Ich podróże między neuronami determinują samopoczucie człowieka, jego emocje i zachowania. Podczas III STS 2016 mieliśmy do czynienia z co najmniej trzema: fenyloetylaminą, oksytocyną i serotoniną.

 

 Fenyloetylamina to główny „składnik zakochania” – podstawowa substancja krążąca w Kilku piosenkach o miłości, Transmigrazione di fermenti d’amore i Duetach nieistniejących. Pierwszy z wymienionych spektakli jest zarazem najstarszy – solowe przedstawienie Iwony Olszowskiej Kilka piosenek o miłości ma już osiem lat, ale nie można powiedzieć, żeby się zestarzało. Nadal z przyjemnością ogląda się ten nastrojowy spektakl ujęty w kameralną, adekwatną do tematu formę. Charyzmatyczna choreografka-performerka na pół godziny zaprasza widownię do swojego wewnętrznego świata, w którym odczynia prywatne miłosne czary przy użyciu prostych, codziennych rekwizytów. Niezapalony papieros, puste filiżanki, imbryk – każdy z przedmiotów czeka na spełnienie: na zapaliczkę, na wypełnienie gorącym napojem, na opróżnienie z płynu. Ogień jednak nie zapłonie, zamiast herbaty w filiżance znajdzie się uśmiechnięty szkielecik, a z imbryka wysypie się cukier. Świat bez miłości istnieje nadal, tylko wydaje się niepełny i zawodny. Bohaterka nie rozpacza jednak, raczej spokojnie i wręcz z zaciekawieniem kontempluje swój stan emocjonalny, ukrywając twarz pod rondem czarnego kapelusza. Przy dźwiękach nastrojowej muzyki performerka wypełnia scenę płynnym, elastycznym ruchem; giętkie ciało o długich, szczupłych kończynach zamyka się i otwiera, co jakiś czas zastygając w bezruchu. Bohaterka jest sama, ma chwilę tylko dla siebie, choć filiżanek przygotowała więcej. To na wypadek niespodziewanej wizyty Tego Kogoś, o kim wiadomo, że najprawdopodobniej nie przyjdzie, ale nadzieja każe zaparzyć więcej herbaty. Nie ma tu niepokoju, rozedrgania, sytuacja jest oswojona, a nawet lekko wyśmiewana – Wszystkie piosenki są o miłości, mówi ironicznie perfmorerka. Dopiero pod koniec spektaklu odsłoni twarz i rozpuści włosy, za pomocą ekspresyjnego tańca i słów odtwarzanego w tle utworu pytając o samotność, niepewność i zawiedzione zaufanie.

 

Transmigrazione di fermenti d’amoreTeatru Dada Von Bzdülöw w reżyserii Leszka Bzdyla i Katarzyny Chmielewskiej opowiada o tym, co się dzieje, kiedy Ten Ktoś jednak przyjdzie. Spektakl nie obawia się banalności tematu i od początku podkreśla wprost, że skoro o miłości nie da się już mówić odkrywczo, można tylko szczerze. Najbardziej wyrafinowane słowa przez setki lat zblakły i wyprały się ze znaczenia. Trzeba zgodzić się z tym, że miłość to farsa i błazenada, a człowiek zakochany jest śmieszny – a ta śmieszność nadal jest na swój sposób piękna i nieznośnie pociągająca. Jesteśmy kretynami pod dachem kryształowego pałacu – mówi jeden z bohaterów w otwierającym spektakl długim monologu po włosku, podczas gdy dziewczyna-clown wytrwale uwodzi go, nie zrażając się obojętnością. Ostatecznie zblazowany mówca z zakłopotaniem ulega temu, co tak prześmiewczo omawia, i oboje toną w namiętnym pocałunku. Bohaterowie wiedzą, że rozum nie wygra z sercem. Spektakl zbudowany jest przede wszystkim z duetów w najróżniejszych konfiguracjach, które przeplatane są komicznymi prognozami pogody. Posągowa, magnetycznie neurotyczna Katarzyna Chmielewska, zjawiskowa, pełna dziewczęcego wdzięku Daniela Komędera, lekki i swobodny kierownik całego tego dell’arte Leszek Bzdyl, czule i zmysłowo wpatrzony w partnerkę Paweł Grala – każde z performerów stanie przynajmniej raz przed ekranem, na którym wyświetlają się rysunkowe słońca i chmury osadzone na tle nagich kobiecych i męskich sylwetek. Umowne symbole radości i niepowodzeń w związkach i przelotnych relacjach to dobry sposób na to, aby nie traktować miłosnego fermentu przerażająco poważnie.

 

Z kolei Duety nieistniejąceTeatru Dada Von Bzdülöw ukazują losy pary, która wypiła już całą herbatę i potłukła metaforyczny imbryk.. Na ekranie rogu sceny wyświetlają się kolejne zdania – wewnętrzne monologi Jej i Jego. Bohaterowie na zmianę podchodzą do laptopa, zmieniając rzucane na ścianę slajdy z poszczególnymi rozdziałami opowieści o ewolucji swojego związku. O dziwo, ich wersje nie różnią się zbytnio od siebie. To nie ten przypadek, gdy po wyparowaniu pierwotnego zachwytu okazuje się, że obraz partnera czy partnerki widziany przez miłosne okulary był daleki od rzeczywistości. Ta para rzeczywiście była dobrana, Oni dobrze się rozumieli, bo byli do siebie podobni – może właśnie zbyt podobni? Może to ich znużyło? Może rozumieli się zbyt dobrze, wiedzieli o sobie za dużo? W tańcu partnerują sobie z wielką pewnością, jedno ciało doskonale współpracuje z drugim, ale przewidywalność męczy, miejsce poczucia bezpieczeństwa zajęło znużenie. Bohaterowie nie odczuwają już radości, rozpamiętując swój żal, pretensje niewypowiedziane we właściwym momencie, nienazwany na czas niedosyt i nierozpoznany odpowiednio przesyt. Żeby odnaleźć się na nowo, musieliby stać się kim innym, założyć maski, zamienić role – czy to w ogóle jeszcze jest możliwe? Kiedy w finale Ona zakłada męski kostium, a On ubiera się w sukienkę, taniec na nowo zaczyna sprawiać im przyjemność, odradza się między nimi bliskość, intymność, stabilne ciepło – pytanie, na jak długo to wystarczy.

 

Fenyloetylamina bywa nazywana neuroprzekaźnikiem miłości, bo wprawia człowieka w stan miłosnej ekscytacji. Gdy ten wygaśnie, może pojawić się oksytocyna – neuroprzekaźnik więzi. To substancja, która odpowiada za przywiązanie matki do dziecka, partnerów do siebie czy wreszcie więzi społeczne i współpracę między członkami danej zbiorowości. Ten fermento patronował kolejnym czterem spektaklom STS: Choć Cię nie pojmuję…, Kontrasty, Mrowisko i Piotruś i wilk opowiadają o relacjach innych niż miłosne, co nie znaczy, że mniej ważnych.

 

Choć Cię nie pojmujęMarty Pietruszki i Mateusza Przyłęckiego to spektakl, który ma niecały rok, ale od swojej premiery przeszedł znaczne przeobrażenia. W wersji prezentowanej w kwietniu 2015 w Teatrze Na Plaży w Sopocie przedstawienie mimo poważnego tematu było dość lekkie i zabawne. Pierwsze sceny, do oklaskiwania których prowokowała performerka, wywoływały więcej śmiechu niż zadumy.[i] W Warszawie spektakl wybrzmiał znacznie bardziej refleksyjnie, a pytania padły z większą mocą. Bohaterkę kreowaną przez Pietruszkę poznajemy podczas treningu. Jej sportowy kostium jest jednak tylko symbolem: szykująca się do skoku kobieta nie zamierza wykonać akrobatycznej ewolucji, lecz prawidłowo uklęknąć ze złożonymi dłońmi. „Prawidłowo” – czyli skutecznie. „Prawidłowo” – czyli tak, by siła, do której mówi, usłyszała modlitwę i odpowiedziała na nią. Życie bohaterki koncentruje się wokół poszukiwania kontaktu z Bogiem. Zdarzają się chwile, gdy On ujawnia się, daje znak istnienia, ale są niebywale rzadkie. Jego obecność jest subtelnie zaznaczona, gdy performerka znajduje się w kręgu błękitnego światła. Pół siedząc, pół leżąc, łagodnie kołysze się w poczuciu uświęcenia – w takiej chwili nie odczuwa wątpliwości, jej wiara jest silna. Światło jednak znienacka znika, powraca samotność wypełniona pytaniami bez odpowiedzi, powraca ruch codzienny i zwykłe, ziemskie ciało. Pozostawiona sama sobie bohaterka z wysiłkiem poszukuje kolejnych sposobów, by dowiedzieć się, jaka jest wola Najwyższego Choreografa, ale to On sam zdecyduje, kiedy udzieli dalszych wskazówek i czy w ogóle to uczyni.

 

Kontrasty Warszawskiego Teatru Tańca autorstwa Aleksandry Dziurosz podejmują temat więzi społecznych. Tyłem do widowni siedzi na krześle wokalista, śpiewający pieśń o smutku, obok niego stoi małe drzewko w doniczce. U sufitu wiszą dwie białe ażurowe konstrukcje, dodające obrazowi lekkości. Z jaśniejącego światła wyłaniają się trzy postaci w białych kostiumach. Delikatność tancerek znajdujących się w ciągłym ruchu podkreśla różnice między zwiewną grupą a masywną sylwetką ciemno ubranego, nieruchomego pieśniarza. To pierwszy z wielu tytułowych kontrastów obecnych również w dalszych obrazach. Dialog między przeciwieństwami pojawi się także w warstwie muzycznej, gdy  śpiewana w oryginalnej formie pieśń ludowa zderzy się z odtwarzaną z nagrania opracowaną i stylizowaną muzyką folklorystyczną. Wizja relacji między podgrupami jednego społeczeństwa – kulturą miejską a wiejską – wyłaniająca się ze spektaklu jest przygnębiająca; podobnie jak wizja relacji międzyludzkich w ogóle. Zbudowane początkowo porozumienie między zgranymi w ruchu bohaterkami zostanie zburzone. Gdy jedna z nich zechce iść własną indywidualną drogą, pozostałe przemocą dostosują jej zachowanie do obowiązujących norm: zniszczą unoszący się lekko nad jej głową balon, zmuszając ją do wykonywania określonych sekwencji tanecznych. Zasadzone przez performerki drzewko obumrze, gdy bez wyraźnej przyczyny postacie wdadzą się w bójkę, roznosząc po scenie kopiec, w którym zapuszcza korzenie roślina. Pieśniarz, strażnik tradycji, wydaje się odchodzącym w niepamięć drogowskazem, zapomnianym przez społeczeństwo, które w poszukiwaniu nowości porzuciło wartości, jakie mogą nieść ze sobą starsze zwyczaje. Ich język staje się coraz bardziej niedostępny, a estetyka obca.

 

Podobna bezradność płynie ze spektaklu Mrowisko Teatru Tańca Caro. Kontrasty próbują uchwycić moment przejścia między dwiema tradycjami, ocalić pozostałości wyjściowej kultury. Akcja Mrowiska toczy się w świecie, który całkowicie odrzucił dawne wartości – życie jednak wcale nie stało się dzięki temu prostsze. Być może rezygnacja z ograniczeń miała ułatwić funkcjonowanie społeczności, tak się jednak nie stało. Bohaterowie poświęcają się przede wszystkim  pracy. Nie jest ona tylko zawodem, lecz stała się stylem życia – takiego jednak, które nie przynosi satysfakcji, nie cieszy i nie pozwala się rozwijać. Szybkim i mocnym ruchem performerzy w przywodzących na myśl korporacyjny dress code kostiumach opowiadają o świecie, w którym liczy się tylko wydajność, a osobowość jest błędem statystycznym. W drugiej części spektaklu bohaterowie spotykają się w okolicznościach prywatnych, być może w ramach weekendowego odreagowania ciężkiego tygodnia. Ich próby nawiązania realnej więzi z drugim człowiekiem spełzają na niczym. Poddali się presji świata, stali się niedostępni emocjonalnie, zatracili umiejętność komunikacji. Gdy bliskość staje się nieosiągalna, kierują uwagę do wnętrza, oddając się introspekcji i wybierając życie w świecie nierealnych fantazmatów. Tak jest bezpieczniej – im dalej od rzeczywistości, tym mniejsza możliwość, że coś trzeba będzie przeżyć naprawdę.

 

Piotruś i wilk. Reinterpretacja Koncentrat Artistic Group – założonego przez m.in. Rafała Dziemidoka kolektywu tworzącego obecnie w Berlinie – okazał się udaną propozycją nie tylko dla najmłodszych widzów, lecz również dla publiczności dorosłej. Fabuła spektaklu jest zgodna z tradycyjnym librettem Piotrusia i wilka, baletu realizowanego do utworu Siergieja Prokofiewa pod tym samym tytułem: w idyllicznym świecie Piotrusia, Ptaka, Kaczki i Kota pojawia się Wilk, przed którym przestrzega Dziadek. Wilk atakuje Kaczkę, Piotruś i Myśliwi unieszkodliwiają Wilka. O ile jednak w bajce Wilk trafia do ZOO, o tyle w reinterpretacji zostaje brutalnie zabity. Temat więzi społecznych wybrzmiewa w ten sposób mocniej i jest bliższy rzeczywistym ludzkim zachowaniom. Spektakl jest czytelny, nie stając się przy tym infantylnym. Postaci określone są przez proste rysunki na koszulkach, noszonych przez tancerzy i wyświetlane na ekranach wielojęzyczne napisy zapowiadające wejście kolejnej osoby. Reinterpretacja zachodzi również na poziomie tworzywa ruchowego: spektakl zatańczony jest poza konwencją baletową, a tancerze operują stylizowanym ruchem codziennym, osiągając w ten sposób większą wiarygodność: Magda Jędra jako giętki Kot budzi zachwyt młodych widzów, z dużym zainteresowaniem spotyka się też delikatny Ptak Anny Steller i kołysząca się Kaczka Rafała Dziemidoka. Przebieg wydarzeń opowiadany jest ruchem w jasny i zrozumiały sposób, co pozwala dzieciom bez przeszkód śledzić fabułę, precyzyjnie realizowane jakości ruchowe zaś utrzymują uwagę również dorosłych widzów.

 

Po neuroprzekaźnikach miłości i więzi społecznych przychodzi wreszcie czas na serotoninę – tzw. hormon szczęścia. Jej niedobór może prowadzić do depresji, bezsenności, napadów lękowych i innych zaburzeń prawidłowego funkcjonowania człowieka. O szczęście, czyli odpowiedni poziom serotoniny, pytała grupa Good Girl Killer, której przedstawienie zamknęło tę odsłonę STS, a o szaleństwie opowiedziała Koncentrat Artistic Group w swoim spektaklu otwarcia – Insanity Project. Z możliwych znaczeń określenia insanity kluczem do spektaklu jest niepoczytalność, sprawiająca, że działania osoby dotkniętej szaleństwem są nieprzewidywalne. Poprzez odpowiednie ustawienie widowni w foyer  wykreowano niewielką przestrzeń sceniczną otoczoną publicznością z każdej strony. Performerzy rozpoczynają jednak akcję gdzie indziej – obserwują widzów z balkonów nad ich głowami i spomiędzy kolumn za plecami. Stoją bardzo skoncentrowani i uważni, aż wreszcie dwóch z nich – kierowanych niedostrzegalnym impulsem – wkroczy na marmurową posadzkę i rozpocznie ruchowy dialog z przeciwległych końców przestrzeni. Lekki, elastyczny ruch, kontakt wzrokowy i niemal namacalne skupienie na działaniu partnera to elementy obecne przez cały czas trwania spektaklu. Kolejni performerzy dołączają do akcji, inni wyłączają się z niej. Decyzje podejmują w sposób nieprzewidywalny, wymuszając na pozostałych błyskawiczne reakcje. Sześcioro tancerzy ogromnie się od siebie różni – kolorem skóry, wzrostem, budową ciała, sylwetką – co czyni pozawerbalną komunikację między nimi tym bardziej fascynującą. Zestrojona ze sobą grupa, połączona wspólnym oddechem, składa się na jeden sześcioczłonowy organizm. Porozumienie i natychmiastowość odpowiedzi w nieustającej  negocjacji kształtu choreografii stwarzają złudzenie, że fale mózgowe performerów zostały niezwykle precyzyjnie dostrojone do tej samej częstotliwości. Taka improwizacja, komponowanie tańca na oczach widzów, podkreśla znaczenie istnienia w tym samym czasie i w tej samej przestrzeni z tymi, a nie innymi osobami. Prawie godzinne spotkanie z Koncentrat Artistic Group to intensywne doświadczenie tak bycia tu i teraz, jak bycia razem.

 

Good Girl Killer, zespół obchodzący w tym roku dziesiąte urodziny, pyta w swoim spektaklu o szczęście: What’s Wrong With Happiness? Co z nim nie tak? Gdzie się ukrywa? Dwie tancerki w codziennych kostiumach – dżinsy, bluzy, związane włosy – stoją naprzeciw siebie. Patrzą sobie w oczy i trzymają w dłoniach wspólną kulę plasteliny, wchłaniającą z ich dłoni ciepło i mięknącą pod jego wpływem. Następnie zaklejają sobie oczy bryłkami miękkiej masy i „niewidome” ruszają w podróż po scenie, przemierzając ją ostrożnie z wysuniętymi przed siebie rękami. Powietrze przecinają delikatnie zarysowane linie światła, komplikujące przestrzeń, dodające prostopadłościanowi sceny dodatkowych ścian, sugerujące kształt wielościennej bryły, w której błądzą performerki. Jedna z tancerek w widocznej ciąży podchodzi ryzykownie blisko linii rampy i wykonawszy o jeden krok za daleko spada ze sceny.[ii] Dramatyczne wydarzenie nie przerywa poszukiwań, podróż na oślep trwa, choć donikąd nie prowadzi. Bohaterki przekonują się nawzajem, że wszystko jest – Okej? – Okej. – Okej? – Okej!, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Przywrócenie wzroku nie wywołuje iluminacji, kobiety powracają do codzienności, plastelina, która miała przenieść je w inny świat, staje się atrybutem nużącej zwyczajności – monotonnie zagniatanym ciastem na chleb; w tle słychać młoty pneumatyczne i wiertła, ogłuszająco agresywne dźwięki „zwykłego życia”. Bohaterki jednak nie poddają się, próbują zbudować ziemski raj: wśród oparów mgły, z towarzyszeniem wymownego tekstu piosenki I believe I can fly niespiesznie zapełniają scenę roślinami doniczkowymi, których zagęszczenie przywodzi na myśl prywatną oranżerię, zasadzony domowymi środkami Eden. Może to właśnie jest „nie tak” ze szczęściem – że nie przychodzi samo, tylko trzeba je do siebie zaprosić? Że trzeba je sobie zorganizować? Ale można zapytać inaczej – dlaczego w ogóle jesteśmy tak podejrzliwi wobec szczęścia? Dlaczego je tak analizujemy, kwestionujemy i doszukujemy się skaz – zamiast po prostu pozwolić sobie je przeżywać i sycić się wysokim poziomem serotoniny? I wreszcie: dlaczego uważamy, że szczęście musi być nadzwyczajne i niezwykłe, a nie dostrzegamy jego przebłysków w codzienności – chociażby w pieczeniu chleba, który mamy z czego zrobić oraz gdzie i z kim zjeść?

 

Trzecia odsłona Sceny Tańca Studio 2016 została zaprogramowana jako znacznie lżejsza niż poprzednie. Artyści pokazali szerokiej widowni, że taniec nie musi być hermetyczną dziedziną sztuki, a tematyka poruszana w spektaklach nie zawsze dotyczy ciemnych aspektów egzystencji. Taniec może opowiadać też w prosty sposób o zwykłej i o szczęśliwej codzienności.

 

Stopki do opisywanych spektakli

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)



[i] O prezentacji spektaklu podczas festiwalu Mistrzowie Polskiego Tańca w 2015 roku na łamach taniecPOLSKA.pl pisała ta sama autorka: http://taniecpolska.pl/krytyka/279. – przy. red.

[ii] Upadek nie był zaplanowaną częścią spektaklu, bardzo silnie wpłynął jednak na emocje widowni i wymowę przedstawienia – dlatego zdecydowałam się potraktować przypadkowe wydarzenie jako integralny składnik choreografii. Wpływ na taki sposób odbioru miało również zachowanie tancerki, która nie przerwała akcji scenicznej, kontynuując grę i przemierzając scenę zgodnie z rozpoczętym wcześniej rytmem. – przy. autorki.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia