ENG
A A A
 lipiec 2020 
Na zdjęciu: Leszek Bzdyl. Fot. Edgar de Poray

Wirus niejedno ma imię

Leszek Bzdyl | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

9 marca 2020

Pośród lawiny niewiarygodnie niemiłych wiadomości, od których nie można uciec, dopadła mnie i taka, że jakoby z powodu szalejącego COVID-19 majątki 500 najbogatszych ludzi na świecie stopniały o 444 miliardów dolarów. Jako że wiadomość ta wczytała mi się w oczy jakiś czas temu, mogę sobie wyobrazić, że owych 500 najbogatszych zbiedniało o kolejne dziesiątki albo też setki miliardów wirtualnych pieniędzy i z dnia na dzień nie stać ich na zakup jachtów lub klubów piłkarskich. Idąc dalej, wyobraziłem sobie, że ów wirus trafił celnie, złośliwie i przypadkowo w odpowiednio dużą ilość randomowych komórek w którejś z fabryk Wschodu i jeden z owych 500 najbogatszych zaczął już cuchnąć zgniłą rzodkiewką niczym pasożyty z seulskich piwnic, o których opowiada oskarowe kino.

Wszyscy oczywiście wszystko wiedzą – wystarczy wejść na jakąkolwiek agorę internetowych postów – ale warto czasami nazwać rzeczy po imieniu, czyli po swojemu lub po prostu raz jeszcze, i już. Otóż, krótko mówiąc, wirus jest zombiakiem. Wirus jest trupem, nie-organizmem. Trup w postaci niteczki w otoczce białkowej. A jak wiemy, z rozmaitych historii o zombiakach, to zombiak z zombiakiem zombiaka nie urodzi. Taki truposz, czyli nie-żywy musi dopaść żywego, wgryź się w niego i tym sposobem stworzyć nowego zombiaka, który nie spocznie, aż się nie wgryzie w kogoś, kto krzyczy, ucieka, barykaduje swój dom lub jedzie samochodem poprzez wyludnioną okolicę, to znaczy, w organizm wykazujący wszystkie znamiona ewolucyjnego rozwoju z formy pośledniej w wyższą, świadomą wartości życia i tegoż życia kruchości. Tak samo sprawa ma się z wirusem COVID-19. Dopadł COVID-19 jakiegoś niebogę w Azji, wgryzł się w komórkę, która nie dość dobrze zabarykadowała się w domu swojego ciała i hajda na ludzkość całą tężejącą w prze-strachu. I na pieniądz wirtualny, i na media, i na halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce, i na karnawał w Wenecji i na mediolańską La Scalę. I na wiele jeszcze innych przejawów życia społecznego ów truposz ruszy. Może być tak, że i ja napatoczę się na niego lub on na mnie, i ciało komórkowe moje nie wykaże ochoty do obrony, i on zmieni mnie w nie-żywego. No cóż, zdarza się, jak mówił klasyk.

Cała ta pandemia zglobalizowanej dyskusji o celebryckim wirusie COVID-19  – zmutowana z innymi pandemiami w mojej głowie, którą pozwolę sobie nazwać głową radosnego pesymisty – prowadzi mnie do myślenia o wirusologii powszechnej i stale obecnej, i nie mającej końca. Wirusologia moja ma jednak jakikolwiek sens jedynie przy apriorycznym założeniu, że apokalipsa to tylko i wyłącznie histeria tych, którzy marzą o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, za jednym pstryknięciem, i żeby nie pozostał nikt/nic, komu/czemu można by zazdrościć awansem pozostania przy życiu. Moja wirusologia ma znamiona teorii totalnej, wszystko, w tych dniach, objaśniającej.

 

Wirus,to nasz chleb powszedni. Chciałoby się powiedzieć, że to my jesteśmy wirusem, że kilkaset tysięcy lat historii organizmu neurobiologicznego o nazwie Sapiens, jest li tylko dziejami ludzko-podobnego-wirusa, który bez określonego celu wyewoluował na błękitnej planecie. Sapiens obdarzony jest świadomością (co za pech!) swojej śmiertelności i pod jarzmem tego bolesnego rozpoznania udaje, że żyje, choć w istocie już jest truposzem. Sapiens, wirus-truposz, przez te przeszło 100 tysięcy lat rozwija w sobie umiejętności ujarzmiania i pustoszenia ekosystemu i, z całą pewnością, nie zatrzyma się w doskonaleniu tych umiejętności. Ale mimo że napisałem, co napisałem, to oznajmiam jednocześnie, niczym jaki Galileusz, że się tej refleksji wypieram, bo nie chcę wylądować w szóstym kręgu dantejskiego piekła, czyli tam, gdzie zalegają heretycy, a gdzie wyśle mnie 95 procent braci i sióstr z podgatunku Sapiens: Sapiens mówiący po polsku. Tak, tak, bracia i siostry, nie jesteśmy wirusem! Jesteśmy błogosławionymi zarządcami ziemi i będziemy robić to, co nam się żywnie podoba po kres. To znaczy do dni jakichś w przyszłości, kiedy to ewolucja nas tak przenicuje, że już nie będziemy się interesować wieloma tematami, takimi, jak władza, religia, teatr, taniec, etc.

Ten felieton jest o sztuce. Kto nie wierzy, niech zacznie czytać od początku. Lawina newsów o COVID-19, wszyscy to przecież zauważamy, jest szczytowym osiągnięciem post-dramatu europejskiego: tu i teraz, staje się, groza, zbrodnia, kara, wszyscy jesteśmy winni, nikt nie jest obojętny, wszyscy są obojętni, szumy, strzępki, krzyki, nuda czekania, bierna obserwacja, reżyserowana dyskusja, reżyser wyjechał na wakacje. Tak, ten felieton jest o sztuce, ale nim dojdę wreszcie do felietonowego sedna, dla jasności wywodu muszę jeszcze dwa słowa dopisać o wirusowej genezie.

 

Jak z każdym ontologicznym pytaniem: skąd jest to, co jest, tak i w przypadku prapoczątków lub początków truposzowatych bytów wirusowych mamy w ofercie rozmaite księgi Genesis. Wyznawcy jednej z nich twierdza, że wirusy istnieją od dnia pierwszego, gdy Jaldabaot, upadły anioł, zazdrosny eon Najwyższego, ulepił wszystko, co materialne, czyli i Ziemię, i życie na Ziemi. A że był tylko zazdrosnym demiurgiem, to mu wyszło, jak wyszło: ulepił też niteczki z osłoną białkową, bo mu się wydawało, że ładna są. Wyznawcy innej księgi widzą prapoczątki w zakładzie Najwyższego z Szatanem, brawurowo opisanym w przygodach Hioba, co znaczyłoby, że wirus to dzieło Złego, który stwierdził, że na Hiobie nie poprzestanie i wymyśla co jakiś czas wścieklizny, odry, COVID-y dziewiętnaste, etc. Jeszcze w innych księgach, a jest ich dość sporo, jesteśmy w stanie znaleźć wiele teorii o podłych laboratoriach na usługach równie podłych organizacji lub jeszcze podlejszych nacji, gdzie naukowcy o najdziwniejszych twarzach na Ziemi mieszają w pipetach i pichcą zabójcze wirusy aż utworzą substancję o barwie wściekło zielonej. I tylko James Bond trzyma nas jeszcze przy jako takim życiu. Ale księgi, te czytane z rzadka mówią, że być może… być może… może być tak, że wirusy to zdegenerowane komórki, które utraciły w toku permanentnej ewolucji życiodajny materiał genetyczny, i którym pozostaje na tym świecie tylko i wyłącznie rola truposza replikującego się na podobieństwo zombiaków z filmu World War Z z boskim Bradem Pittem. Z niepokojem zauważam, że nie pamiętam, czy boski Pitt w finalnej scenie również zamienił się w zombiaka? Proszę o podpowiedź na priva.

 

Owe „być może” o regresie komórkowym, które do mnie przemawia, któremu daję wiarę, posłuży mi do wykonania hiperboli i zadania ciosu ciężkim, felietonowym uogólnieniem. Otóż sztuka, a w pierwszym rzędzie „sztuka tańca” jest niczym ta zdegenerowana komórka. Sztuka tańca jest sztuką… zdegenerowaną. Z dziką przyjemnością wysługuję się tym faszystowskim hasłem pokładając przy nadziei, że czytelnikowi tego tekstu nie zaświta myśl: czyżby ugryzł go jakiś nazistowski zombiak? Nie, nie ugryzł, ale przyznaję, że z dużym niepokojem rozglądam się naokoło i obawiam się, czy niebawem nie będę niczym Adam Driver i Bill Murray, uwięzieni w scenariuszu Jarmuscha pośród Truposzów, Którzy Nie Umierają. Ale o tym kiedy indziej – demokracja jeszcze dyszy. Wróćmy do sztuki i wirusów. Nowożytna umowa społeczna mówi, że sztuka jest melanżem rzemiosła i idei. Kiedyś, za siedmioma lasami, za siedmioma jeziorami, dawno temu, mało kto mówił o czymś więcej niż rzemiosło. Rzemiosło duchem, takim lub innym, musiało być nacechowane. Teraz, może dlatego, że lasy w odwrocie, a jeziora zdecydowanie płytsze, komórkowe ciało sztuki rozpoznaje się poprzez wykładnie idei. Rzemiosło robi się w Chinach z dzieci temu poświęconych. Za jakieś 20 lat będziemy mieć 50 milionów chińskich rzemieślników w rozmaitych sztukach i sztuczkach, którym żaden białas nie podskoczy. Zatem osłabieni upadkiem supremacji białej rasy łapiemy się tego, że bez idei, ani rusz. Bez wykupienia akcji na jednej z giełd wirtualnych „idei w sztuce” skazujemy się na zesłanie do komercyjnych obozów produkcji rozrywkowych.

Tylko szkopuł w tym, że owe idee w sztuce, zwłaszcza w „sztuce tańca”, wyewoluowane niegdyś z z komórkowych bytów radosnych wspólnot kreacji jednorazowych i bezcelowych, poprzez upiorne kopiowanie w innych kontekstach, rozbuchane systemy edukacyjne i programy kuratorskie, stają się truposzami, wirusami „kopulującymi” na ciałach i mózgach kolejnych zgubionych generacji. I nic dziwnego, że odbiorca sztuki, który wykazuje objawy zdrowia i którego immunologiczny system obronny działa jako tako, pozwala sobie mówić, że dziękuje, ale że kolejny rabatowy bilet na performans taneczny przyjmie z przyjemnością za jakieś 10 lat. I tak dalej, i tak dalej. I chyba nie powinienem się też czuć wytraconym z równowagi, kiedy czytam informację, że na jednej z niemieckich uczelni otwarto właśnie wydział pantomimy, gdzie studenci nie będą jednak „trenować” tej dyscypliny ruchowej, bo zbyt trudna i mozolna to praca, a poświecą się jedynie analizie ruch ciała w pantomimie. Już czekam na masochistyczne doznania na przedstawieniach i performansach adeptów tej uczelni! Już czuję, jak wgryza się w moje wiotczejące ciało zdegenerowana idea, jak wirus atakuje komórki mojego bezwolnego mózgu. A może jakimś ostatecznym i radykalnym gestem oporu porzucę wszelkie nadzieje i wejdę do dantejskiego piekła, szukając mojego kręgu dla heretyków? Może tam kogoś spotkam?

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia