ENG
A A A
 sierpień 2020 

„Edukacja taneczna to nie wszystko…” – z Moniką Myśliwiec rozmawia Agnieszka Narewska-Siejda

Agnieszka Narewska-Siejda | taniecPOLSKA.pl | 2020

Wywiady

19 marca 2020

Agnieszka Narewska-Siejda: W jaki sposób rozwinęła się u Pani pasja do tańca?

 

Monika Myśliwiec: To zabawna historia. Zaczęłam tak, jak chyba większość dzieci – to rodzice zaprowadzili mnie na pierwsze zajęcia baletowe. Moja mama uprawiała z sukcesami łyżwiarstwo figurowe i uważała, że balet będzie dla mnie dobrym przygotowaniem. Miałam wtedy cztery lata i początkowo zajęcia te traktowałam jako rodzaj rozrywki i przyjemności, ale stopniowo balet zaczął mnie niebezpiecznie wciągać (śmiech). Równocześnie do dziesiątego roku życia jeździłam również na łyżwach i właśnie wtedy rodzice zdecydowali, abym wybrała pomiędzy łyżwiarstwem a tańcem. Byli przekonani, że wybiorę łyżwy, jednak opowiedziałam się zdecydowanie za baletem.

 

Jak wyglądała Pani taneczna edukacja?

 

Chodziłam do szkoły baletowej w Krakowie przy ul. Reja[1], kierowanej przez długie lata przez pana Józefa Preissa, a po jakimś czasie równolegle – ponieważ ciągle było mi mało (śmiech) – byłam uczennicą Studia Baletowego Opery Krakowskiej. W czasie nauki, którą dalej traktowałam jako coś drugoplanowego i hobby, pojawiły się propozycje, aby przenieść mnie do Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Warszawie lub w Bytomiu. Jednak ponieważ miałam wtedy dziesięć lat, perspektywa oddania mnie do internatu była dla moich rodziców – ze względów rodzinnych – nie do przyjęcia. Temat bardziej profesjonalnej nauki powrócił w ósmej klasie, tuż przed pójściem do liceum. Wtedy, właściwie przez przypadek – których w moim tanecznym życiu było kilka – w czasie pokazu szkoły baletowej wypatrzyła mnie pani Inessa Małaniczewa, była solistka Teatru Wielkiego w Moskwie, pracująca wówczas w Operze i Operetce Krakowskiej. Po występie podeszła do mojej mamy i powiedziała, że powinnam wyjechać i kształcić się bardziej profesjonalnie za granicą. Mama jednak nie wyraziła na to zgody, muszę przyznać, że również ja sama nie byłam wówczas tym szczególnie zainteresowana. Skończyło się na tym, że poszłam do V liceum w Krakowie, do klasy francuskiej, a Inessa Małaniczewa dawała mi prywatne lekcje, z których bardzo wiele skorzystałam.

 

Jak to się więc stało, że w końcu trafiła Pani jednak do Francji?

 

Temat wyjazdu do Francji pojawił się pierwszy raz kiedy w ramach wymiany między szkołą baletową w Krakowie a szkołą w Maurepas pod Paryżem, tamtejsza nauczycielka, Elizabeth Mahe, zwróciła na mnie uwagę. Rozmawiała również z moimi rodzicami o tym, że koniecznie powinnam wyjechać do Francji i podjąć tam studia taneczne. Niedługo później rzeczywiście tak się stało, tym razem w ramach wymiany językowej z mojego liceum. I Kiedy Mahe dowiedziała się, że jestem w Paryżu, wzięła mnie za rękę, zaprowadziła na lekcje do studia Golovine[2] i przedstawiła mnie tamtejszym profesorom. Okazało się, że nie była to zwykła lekcja, lecz rodzaj egzaminu, po którym komisja oznajmiła mi, że koniecznie powinnam kształcić się we Francji, aby się rozwijać. Wkrótce po moim powrocie do Polski otrzymałam formularze zgłoszeń na egzaminy wstępne do L’Academie Internationale de la Danse pod dyrekcją Nicole Chirpaz, które odbywały się na tydzień przed moją maturą. Zdecydowałam się polecieć i spróbować. Dostałam się i wtedy pojawił się prawdziwy problem (śmiech). Było to tym bardziej trudne, że w tym samym czasie, jeszcze jako uczennicy Studia Baletowego, zaproponowano mi pracę w Balecie Opery Krakowskiej, na tzw. „doangażowaniu” [zatrudnienie na podstawie umowy do wybranych spektakli – A. N-S. ].. Bardzo szybko weszłam w cały repertuar, tańczyłam w baletach Przemka Śliwy, który był wówczas kierownikiem zespołu. Złożyłam również papiery na teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W lipcu wyjechałam jednak do Paryża i tam już zostałam...

 

Jak wspomina Pani okres nauki w Paryżu?

 

Nie ukrywam, że początki były trudne. Oprócz zajęć z różnych technik tańca (m.in. z tańca współczesnego i jazzowego, z którymi do tej pory w Polsce nie miałam żadnej styczności), obowiązywały nas również przedmioty teoretyczne. Wydawało mi się, że dobrze znam język – maturę z francuskiego zdałam na celujący. Na miejscu okazało się jednak, że jeszcze bardzo dużo muszę się nauczyć. Na szczęście miałam dużą pomoc ze strony kolegów i koleżanek z grupy. Pamiętam, że szczególnie ciężko było na zajęciach z anatomii tańca. W Polsce cała terminologia anatomiczna zapisywana jest w języku łacińskim, we Francji niestety po francusku… Na początku nie rozumiałam więc kompletnie nic. Musiałam poświęcić dużo czasu i włożyć wiele wysiłku w to, aby móc w pełni korzystać z wykładów.

 

Jeśli zaś chodzi o samą technikę tańca klasycznego, to w Krakowie uczyła się Pani według rosyjskiej metodyki. Czy trudno było przestawić się na styl francuski?

 

Pierwsze zderzenie ze szkołą francuską nie było bolesne, ponieważ na początku lekcje klasyki prowadziła pani Nelli Kolitchef, Rosjanka. Natomiast kiedy moją klasę przejęła Mireille Bourgeois, okazało się, że technika jest zupełnie inna. Jednak francuski styl wykonawstwa zachwycił mnie od pierwszego z nim spotkania.  W moim odczuciu metodyka rosyjska jest świetna, jeśli uczniowie mają bardzo dobre warunki fizyczne. Natomiast szkoła francuska jest dostosowana do anatomicznych możliwości każdego ucznia. Były tam zupełnie inne wymagania pod względem ustawienia bioder, miednicy, pracy rąk, ale to gromna różnica leżała także w samym przebiegu lekcji. Technika francuska zakłada bardzo dużą szybkość w wykonywaniu poszczególnych pas tańca klasycznego, wiele uwagi przykładano więc do pracy stóp. To właśnie tempo lekcji nastręczało mi początkowo bardzo wiele trudności. Z drugiej strony uruchamiało to zupełnie inne mięśnie, w związku z czym przestało mnie dziwić, że francuskie tancerki mają tak piękne, długie nogi, bo sama po sobie zaobserwowałam, że na przestrzeni kilku miesięcy moje mięśnie zaczęły wyglądać zupełnie inaczej. Całe moje ciało zaczęło się zmieniać. Było to fantastyczne doświadczenie.

 

Jak długo trwała Pani nauka we Francji?

 

Dwa lata. Wyjechałam do Francji po to, aby uczyć się tańca, to był mój główny cel. Jednak na miejscu okazało się, że prowadzone są również studia dla nauczycieli tańca, co bardzo mnie zainteresowało, dlatego też zdecydowałam się na równoległe studiowanie dwóch kierunków. Jeśli coś jest dostępne, to trzeba z tego skorzystać.

 

Jak zatem wyglądały studia pedagogiczne?

 

Zupełnie inaczej niż wówczas w Polsce i wiele bym dała, aby przenieść niektóre sprawdzone rozwiązania z systemu francuskiego na nasz rodzimy grunt. Przede wszystkim więc, żeby zostać pedagogiem tańca klasycznego we Francji, trzeba zdać egzaminy techniczne z tańca, obejmujące również repertuar klasyczny, a dodatkowo przygotować swoją autorską choreografię. W każdym departamencie jest jedna kilkuosobowa komisja, która jeździ do szkół, w których przeprowadzane są egzaminy. Kryteria oceny są więc jednakowe dla wszystkich, co jest sprawiedliwe – nie ma szans, żeby się „prześlizgnąć”. Podobnie jest z przedmiotami teoretycznymi, a później również ze wszystkimi egzaminami w czasie studiów, które rzeczywiście sprawdzają konkretną wiedzę i umiejętności przyszłego pedagoga tańca. Co najistotniejsze, egzaminy z pedagogiki tańca klasycznego polegały na poprowadzeniu lekcji z losowo wybranego poziomu edukacji z uczniami, których się wcześniej nie znało. Na jej przygotowanie było tylko dwadzieścia minut, po których trzeba było zaprezentować komisji całą lekcję. Oznaczało to duży stres, ale też rzetelną weryfikację wiedzy i umiejętności.

 

Po ukończeniu studiów wróciła Pani do Polski. Co się zmieniło? Jakie były Pani dalsze plany?

 

Muszę powiedzieć, że po doświadczeniach ze szkołą francuską i z tańcem współczesnym, powrót do metodyki rosyjskiej był kolejnym wyzwaniem. Z jednej strony musiałam na nowo dostosować się do warunków, które panowały, bo wymagania pedagogów i choreografów były bardzo konkretne. Z drugiej natomiast – moja świadomość ciała była dużo większa niż przed wyjazdem. Jak to zrobić, żeby nie stracić tego, czego nauczyłam się we Francji, a jednocześnie wpasować się w oczekiwania obowiązujące w Polsce? Uczyłam się tego przez długie lata…  

 

Po powrocie do Polski zadebiutowała Pani w tytułowej roli w balecie Królewna Śnieżka.

 

Tak, choć stało się to znowu właściwie przez przypadek… W czasie wakacji, aby nie wyjść z formy, chodziłam na lekcje baletu Opery Krakowskiej i po jednej z nich kierownik zespołu, Jacek Drozdowski, zaproponował mi główną rolę w balecie. Tancerka, która ją tańczyła, właśnie wyjeżdżała. Ta propozycja była wtedy spełnieniem moich marzeń. Tańczyłam w Krakowie dwa i pół roku, m.in. Klarę w Dziadku do orzechów w choreografii Jacka Drozdowskiego oraz tytułową rolę w Carmen Przemka Śliwy (to była jedna z moich najbardziej ulubionych ról!). Potem pojechałam na audycje do Teatru Wielkiego w Poznaniu, gdzie spędziłam kolejne dwa sezony. Kierownikiem baletu była wówczas Liliana Kowalska, dyrektorem zaś Sławomir Pietras. Tańczyliśmy po dziesięć spektakli baletowych w miesiącu, miałam więc szansę, aby sprawdzić się w całym repertuarze klasycznym, zrobiłam duże postępy. Dodatkowo pracowałam ze wspaniałymi nauczycielami gościnnymi, m.in. z Andrzejem Glegolskim, na którego lekcjach przekraczało się swoje możliwości, a także z Markiem Różyckim, który oprócz świetnych lekcji stworzył również balet do muzyki Pendereckiego, który uwielbiałam tańczyć.

 

Potem jednak znowu wróciła Pani do swojego rodzinnego miasta.

 

Tak, przyjechałam do Krakowa. Miałam szczęście, gdyż zaczęły tu powstawać kolejne premiery, a dla tancerza przecież to właśnie jest najważniejsze – tańczyć. Ponownie zatańczyłam więc Klarę w Dziadku do orzechów, solowe partie w Sarabandzie Tomka Gołębiowskiego, w baletach Marka Różyckiego: Piotruś i wilk oraz Karnawał zwierząt, Dziewczynę w Panu Twardowskim Hanny Chojnackiej,. Najważniejszym przeżyciem była dla mnie jednak możliwość kreowania tytułowej roli w operze Madame Butterfly w inscenizacji Janiny Niesobskiej. W spektaklu tym oczywiście śpiewacy wykonywali swoje partie, ale akcja sceniczna kreowana była przez balet. Partia Madame Butterly była dla mnie ogromnym wyzwaniem, po pierwsze fizycznym, gdyż prawie przez cały czas byłam na scenie, ale również pod względem aktorskim, emocjonalnym i artystycznym. To druga, zaraz po Carmen, rola mojego życia.

 

Karierę tancerki łączyła Pani z pracą pedagoga.

 

Tak, swoje pierwsze lekcje prowadziłam jeszcze w Paryżu. Pracowałam wtedy z małymi dziećmi, do dziś pamiętam jak bardzo dały mi w kość na pierwszych zajęciach (śmiech). Natomiast po powrocie do Polski uczyłam tańca współczesnego w Studiu Baletowym Opery Krakowskiej, tak więc swoją działalność pedagogiczną rozwijałam od samego początku. Natomiast po zakończeniu kariery tanecznej była ona naturalną kontynuacją tego, co robiłam już wcześniej, tyle że w dużo większym zakresie.

 

Co skłoniło Panią do założenia własnej szkoły baletowej w Krakowie?

 

To był pomysł, który długo we mnie dojrzewał. Przyglądając się polskiemu systemowi baletowej edukacji niepublicznej, widziałam jak bardzo różni się on od tego, obowiązującego we Francji, a francuska metodyka i podejście do ucznia bardzo mocno się we mnie zakorzeniły. Pracowałam w ten sposób ze swoimi uczniami, ale chcąc wdrażać to, w co głęboko wierzę, musiałam stworzyć coś swojego.

 

W ten sposób powstała L’Art de la Danse. Niepubliczna Krakowska Szkoła Sztuki Tańca, która w tym roku obchodzi jubileusz dwudziestolecia swojego istnienia. Co uważa Pani za największy sukces szkoły?

 

Przede wszystkim właśnie te dwadzieścia lat (śmiech). Jestem bardzo dumna z tego, że już tak długo funkcjonujemy. Bardzo się staram, aby ideały, które przyświecały mi na początku, były obecne również dziś. Z drugiej strony świat wokół się zmienia, dlatego trzeba być również otwartym na te przemiany i wprowadzać je w swojej pracy. Zależy mi nie tylko na wysokim poziomie nauczania, ale przede wszystkim na rozwijaniu w uczniach pasji, zrozumienia i szacunku do sztuki, a także na budowaniu prestiżu sztuki tańca, gdyż jest ona wciąż jeszcze niedoceniana. Cieszą mnie ich sukcesy, a przede wszystkim to, że ci uczniowie, którzy byli zdeterminowani, aby tańczyć, spełniają się w tym zawodzie. Uważam za ogromny sukces naszej szkoły to, że kontynuują oni również taneczną edukację w najlepszych europejskich i światowych ośrodkach związanych z tańcem, a także to, że wielu z nich zostaje nauczycielami lub instruktorami tańca. Pokazuje to, że szkoła zaszczepiła w nich miłość do tańca. Jestem też bardzo dumna ze spektakli, które robimy. Uważam, że są naprawdę na wysokim poziomie artystycznym i oby zawsze tak było.

 

Oprócz różnorodnych występów szkoła co roku podejmuje się również organizacji krajowych eliminacji do międzynarodowego konkursu tanecznego, kierowanego do uczniów szkół niepublicznych, Dance World Cup. Czy mogłaby Pani powiedzieć, jak doszło do realizacji tej inicjatywy?

 

Początkowo eliminacje odbywały się we Wrocławiu. Pojechałam tam spontanicznie z grupą uczennic i okazało się, że od razu zdobyłyśmy wysokie miejsce. W związku z tym, w kolejnym roku chciałyśmy się przygotować do tego konkursu bardziej świadomie. Jednak wówczas okazało się, że tych eliminacji w Polsce już nie ma i musiałyśmy jechać aż do Niemiec. Dlatego też niedługo później nawiązałam kontakt z organizatorami konkursu z propozycją, aby polskie eliminacje mogły odbywać się w Krakowie. I tak dzieje się już od 2010 roku. Uważałam, że tak jak uczniowie ogólnokształcących szkół baletowych mają swoje konkursy, uczniowie spoza państwowego systemu edukacji także powinni mieć szansę uczestnictwa w przeznaczonych dla nich konkursach. Konkurs Dance World Cup wyróżniał się tym, że jego światowe finały były zawsze na wysokim poziomie, co mnie zachęciło. Uważam, że udział w tym konkursie jest świetny dla uczniów, którzy w przyjaznej atmosferze (o którą bardzo dbamy), przed profesjonalnym Jury (składającym się z autorytetów w dziedzinie tańca), przyzwyczajają się do tego, co nieodłącznie związane jest z zawodem tancerza – do poddawania się ocenie.

 

Jest Pani jednak nie tylko dyrektorem i pedagogiem, ale również choreografką. Co skłoniło Panią do spróbowania swoich sił w tej dziedzinie artystycznej?

 

Do działalności choreograficznej zostałam poniekąd „przymuszona” (śmiech). Miało to miejsce jeszcze w czasie mojej nauki we Francji. Okazało się wtedy, że nie tylko sprawia mi to przyjemność, lecz – pomimo moim sobaw – jest trównież bardzo dobrze odbierane przezinnych.. Później, będąc już nauczycielką, również musiałam układać choreografie na różnego rodzaju pokazy czy konkursy. Ćwiczyłam się wtedy w tzw. „małych formach”. Im dłużej pracowałam, tym więcej nawiązywałam kontaktów z choreografami i reżyserami, asystowałam im. chłonęłam wszystko, co mogłam z tej współpracy, Debiut choreograficzny w spektaklu zawdzięczam dyrektorowi (obecnie senatorowi) Jerzemu Fedorowiczowi. Moja szkoła prezentowała na scenie krakowskiego Teatru Ludowego koncerty podsumowujące pracę w danym roku szkolnym. Dyrektorem był tam wówczas właśnie Jerzy Fedorowicz, któremu tak bardzo podobały się te spektakle, że zaprosił mnie do współpracy ze swoim teatrem. Był to przełomowy moment, który sprawił, że bardzo się w tę pracę wciągnęłam i tak pozostało do dziś. Uwielbiam pracę choreograficzną.

 

Czy ma Pani jakieś rady, które mogłaby Pani dać młodemu pokoleniu uczniów i tancerzy?

 

Patrząc z perspektywy minionych lat, po pierwsze myślę, że bardzo ważne jest, aby cieszyli się tą zmiennością, związaną z zawodem tancerza, pomimo że chwilami może to być trudne. Po drugie, żeby pamiętali, że jest to profesja, której nie da się uprawiać połowicznie – jest to zawód niezmiernie absorbujący, co komplikuje w pewnym stopniu życie prywatne. I nie mówię tego absolutnie po to, aby kogokolwiek zniechęcić, ale aby uwrażliwić na tę specyfikę zawodu. To jest cena, którą się płaci. Ale myślę, że wszystkie przeżycia i emocje, których dostarcza taniec na scenie, są tego warte. Po trzecie, poradziłabym młodym tancerzom, aby nie ograniczali się wyłącznie do edukacji tanecznej. Kariera sceniczna jest krótka, w XXI wieku tancerz musi być artystą kompletnym, a więc człowiekiem o różnych doświadczeniach, którego wrażliwość ukierunkowana jest nie tylko na sam taniec.

 

O czym Pani dzisiaj marzy?

 

To bardzo osobiste pytanie! Zawsze marzę wielotorowo. Zawodowo marzę o tym, żeby mimo upływu lat wciąż się rozwijać, mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami. Uwielbiam pracę nad spektaklami, chciałabym zrealizować kilka tytułów, które od dłuższego czasu są we mnie i czekają na właściwy moment. Marzę o tym, aby przy spektaklach współpracować z fantastycznymi ludźmi. Mam to szczęście, że los stawia mi na drodze właśnie takie osoby. Jeśli zaś chodzi o szkołę, moim pragnieniem jest, aby wciąż się rozwijała i była ostoją pewnych wartości, które dla mnie zawsze były i są dalej w życiu bliskie. A marzenia osobiste pozostawię dla siebie, oby się spełniały.

 

I tego Pani szczerze życzę.

 

Dziękuję.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 

 

 

***

 

Monika Myśliwiec – dyrektor L’Art de la Danse Niepublicznej Krakowskiej Szkoły Sztuki Tańca, pedagog i choreografka.

 

Absolwentka L’ Académie Internationale de la Danse w Paryżu. Była solistką Baletu Opery Krakowskiej, występowała w Polsko=Niemieckim Teatrze Tańca w Kolonii, współpracowała z Teatrem Wielkim w Poznaniu. Pedagog tańca klasycznego i współczesnego, dyplomowana przez Ministerstwo Kultury Francji (Diplome d’Etat de Professeur de Danse classique, 1994; Diplome d’Etat de Professeur de Danse contemporaine, 1994).

 

Autorka choreografii do spektakli baletowych, operowych, muzycznych i dramatycznych, współpracowała m.in. z Operą Śląską w Bytomiu, Teatrem Wielkim w Łodzi, Operą Krakowską, Teatrem Ludowym w Krakowie, Ogólnokształcącą Szkołą Baletową w Warszawie, Państwowym Zespołem Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze”, Zespołem Piesni i Tańca „Śląsk” oraz Akademią Sztuk Teatralnych w Krakowie -Wydziałem Teatru Tańca w Bytomiu.

 

Uhonorowana nagrodą ZASP za wybitne osiągnięcia artystyczne (2014) oraz odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej” Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2017).



[1] Społeczna Szkoła Baletowa Towarzystwa Muzycznego w Krakowie. Obecna niepubliczna Szkoła Baletowa w Krakowie, przy ul. Jachowicza 5.

[2] Nazwa studia pochodzi od Mme Solange Golovine, francuskiej tancerki i nauczycielki tańca klasycznego. Mieściło się ono wówczas przy Avenue Georges V w Paryżu.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia