ENG
A A A
 maj 2021 
Na zdjęciu: Leszek Bzdyl. Fot. Edgar de Poray

Bańka

Leszek Bzdyl | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

20 lipca 2020

Skoro już Nauczyciel z Nazaretu powiedział: „Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie, do nich bowiem należy Królestwo Boże”, to oczywistą konsekwencją tych słów jest to, iż przez wieki rozwoju cywilizacji zachodnie, tak wielu kolejnych mistrzów zawieszało wzrok na niedorosłych, szukając u nich inspiracji twórczej. Niejeden też zwracał się ku brzdącom z nadzieją na znalezienie u nich odpowiedzi na najbardziej kłopotliwe z kłopotliwych pytań: Jak żyć? Trudno bowiem przypuszczać, że ten obyczajowy rewolucjonista, jakim był Nauczyciel z Nazaretu, powiedział te słowa o prawie własności do Królestwa Bożego, aby unaocznić swoim uczniom jakąś zawiłość ontologiczną. Pozwólmy sobie zaryzykować stwierdzenie, że chciał im zaprezentować dziecięctwo w postaci czystej i zmusić do zauważenia, że nie wszystko oparte jest na porządku, posłuszeństwie i postępowaniu zgodnie z ustalonymi regułami. Nie wiemy, jakimi myślami wypełniły się głowy apostołów, kiedy patrzyli na dziecięcą czeredę otaczającą Nauczyciela – pisma milczą na ten temat. Wiemy natomiast, że w kolejnych wiekach rozmaicie było z wnioskami wynikającymi z tej nauki. Obserwacje dziecięctwa nie zawsze prowadziły apostołów, nauczycieli i mistrzów do wizji elizejskich pól. Na przykład William Golding napisał Władcę much, w którym, jak wiemy, analiza organizacji społecznej skonstruowanej przez niedorosłych bliższa jest piekłu aniżeli niebu. Trudno jednak dziwić się Williamowi Goldingowi, skoro, biedaczysko, jako pedagog spędził długie lata w szkole, przymuszając uczniaków do siedzenia w ławkach. Desperackie reakcje uczniów na wtłaczaną im do głów filozofię, czy też składnię języka angielskiego – tego właśnie Golding uczył – musiały być tak radykalne, że wpisaną we Władcę much metaforyczną opowieść o świecie, w którym okrucieństwo rozdaje karty, niejako same przez się zasiedliły dzieci. Dzieci płci męskiej. Na szczęście pojawiali się w naszej historii mniej sfrustrowani mistrzowie, a ich punkt widzenia większą niósł w sobie nadzieję, czy też pokazywał światełko na końcu tunelu. Choćby ten mój matko-ojciec teatralny, czyli Henryk Tomaszewski, zwykł powtarzać: „Znajdź w sobie dziecko” lub: „Bądź jak dziecko”. Patrząc na Tomaszewskiego, odnosiło się wrażenie, że bardzo precyzyjnie dzieckiem jest podszyty. Dziecko w sobie odkryte pieścił Tomaszewski wbrew wszystkim i wszystkiemu.

 

Teraz, w tych dniach, tak covidowych, jak politycznych, przypomniałem sobie zarówno nauki Nauczyciela z Nazaretu, jak i mojego matko-ojca, i ze wzmożoną czujnością zwróciłem uwagę swoją na syna. Ma już dwa i pół roku, więc raz jest tu, a raz jest tam i nie narzeka na brak zajęć. To skacze, to jeździ na hulajnodze, potem tapla się w kałużach z taką samą przyjemnością, jaka towarzyszy mu podczas brodzenia w płytkich wodach rzek i jezior. Ostatnio z lubością używa łopatek i koparek do wykopywania dziur w ziemi. Kopał sobie jednego dnia w miejscu, w którym planowałem piękną kępkę trawy. Chcąc uratować moje nadzieje ogrodowe, wystosowałem ku niemu ojcowskie napomnienie: „Edgarze, nie kop tutaj, bo trawa nie wyrośnie.” W niczym moje słowa nie przeszkodziły mu w pracy jego, zatem powtórzyłem to zdanie, raz i drugi, nie tracąc cierpliwości, aż w końcu, nie spotykając się z oczekiwanym zaniechaniem barbarzyńskich działań, rzekłem: „Edgarze, nie słyszysz, co mówię?” Wtedy on, nie unosząc oczu znad dziury w ziemi, odpowiedział: „Nie słyszę. Kopię.”

I tak otrzymałem pierwszą lekcję: jeśli coś robisz, choćbyś dziury w ziemi kopał, albo też tańczył, albo spektakl konstruował, a nawet jakbyś tylko starał się zrozumieć, jaką funkcję w twoim ruchu spełniają powięzi, to te wszystkie słowa ojców, wujów i ciotek, którzy chcą ci popsuć zabawę, tudzież odciągają cię od niej nudnymi jak flaki z olejem, powtarzającymi się bez końca litaniami nakazów, zakazów, pouczeń i przerażeń, traktuj jak natrętne gadanie. Póki możesz, to nie słuchaj, kop dziurę swoją, tańcz, konstruuj spektakl po swojemu, mów, co chcesz powiedzieć lub rozważaj bez końca o funkcjach powięzi, ale nie daj się wmanewrować w wujów, w ojców i w ciotek paniczne zrzędzenie. W swoim czasie przyjdą odpowiednie dni na troskę o trawę i ogródek. Najpierw trzeba sprawdzić, na czym to wszystko stoi lub leży. Doświadczalnie.

Jak już się zaczęło, to poszło dalej. Narysowana z trudem kredką kreska, to pies, a nieforemne koło, to ryba. Dwa patyki złożone na krzyż zawsze są samolotem. Wyobrażona piłka daje więcej radości, bo tę gumową trudniej złapać. Niszczenie jest koniecznością, ale jeżeli używamy do tego zabawkowej piły elektrycznej, która robi: „wrrrrr”, to dokonuje się cud, czyli demolka i trwałość stają się jednym. A jeśli już idziemy drogą polną i jesteśmy oślepieni nadmiarem urody pejzażu, to zawsze można zauważyć najmniejszego robaczka wystawiającego najmniejszy łebek zza najmniejszej gałązki, listek w kształcie serca, czy też kwarcowe ziarenko piasku. Tak, tak, uważność, detal, rzeczy same w sobie – Budda z uśmiechem głaszcze się po tłustym brzuszku.

W jednej z powieści Borisa Viana, Czerwonej trawie, gadający pies o imieniu Senator Dupont, znudzony monotonią psiej egzystencji, prosi swojego pana, Wolfa, o Łapiti. Łapitiaki ukrywają się w norkach pod kamieniami, a jak chce się je złapać, to trzeba stuknąć laską w kamień i wypowiedzieć oszukańcze hasło. Łapitiaki zawsze odpowiadają na wezwanie i dlatego dają się nabrać – oszukańcze hasło wyciąga je z tajemnych norek na tzw. świat. Wolf, bardzo zajęty konstruowaniem maszyny, dzięki której będzie mógł wymazać pamięć i zacząć życie na nowo, widząc marazm, w który popada jego gadający pies, robi sobie wolne i wyrusza z Senatorem Dupontem na polowanie. Znajdują odpowiedni kamień, Wolf perfidnym trikiem wywołuje Łapiti z kryjówki, a Senator Dupont chwyta je w łapy i od tej chwili patrzy tylko na swoje „dziecko”. Od tego patrzenia Senator Dupont popada w szaleństwo, przy kolacji pakuje sobie musztardę do ucha, zaczyna bekać i ślinić się, a chwilę przed totalnym zidioceniem mówi: „Pozwalam sobie na ostatni przebłysk świadomości. Jestem zadowolony. Rozumiecie to? Ja już nie muszę tego rozumieć. Jest to zadowolenie kompletne, czyli wegetatywne, i to będą moje ostatnie słowa […] czuję, że jestem żywy i niczego więcej nie pragnę, nie potrzebuję być inteligentny.”

Powyższa dygresja służy temu, żeby potwierdzić ironiczne przypuszczenie niektórych czytelniczek i czytelników tego felietonu. Tak, wkładam sobie musztardę do uszu! Chciałbym nie patrzeć teraz na nic innego, tylko na tego dwuipółletniego człowieka. Po miesiącach covidowo-politycznych jestem tak wyczerpany – być może podobnie jak wielu w bliższej i dalszej okolicy – że chciałbym powtórzyć za Senatorem Dupontem: „Ja już nie muszę tego rozumieć”.

Ale nim pójdę ostatecznie za cichnącym głosem gadającego psa, dokończę tę opowieść o naukach płynących z obcowania z dzieckiem. Docieramy do tytułowej bańki. Nie ma teraz dnia, żebym nie słyszał: „Żyjesz w bańce, nie rozumiesz normalnych ludzi, ani ich potrzeb. Wyjdź ze swojej bańki!”. Tak się składa, że w tych samych dniach codziennie dociera do mnie inne wezwanie: „Tato, robimy bańki?”. Z dwóch krzyżujących się wezwań reaguję jedynie na to drugie. Bierzemy więc w dłonie odpowiednie przyrządy i płyny, i zamaczamy, i dmuchamy. Wypuszczamy w przestrzeń iluzje konkretu. Czasami lecą seriami, czasami z kółeczka wydmuchuje się ta jedna jedyna o gigantycznych wymiarach. Jeśli jest słońce, to bańki mienią się kolorami tęczy. W pochmurne dni bywają tylko szklisto czerwonawe lub szklisto niebieskawe. Jeśli jest porywisty wiatr, to szybko pękają. Bywa jednak i tak, że delikatny zefirek unosi je wysoko, tak wysoko, że nie udaje się zobaczyć, czy ostatecznie się zdematerializowały. Może te, które miały szczęście, nadal gdzieś tam się unoszą? Kiedy tak dmucham w to kółeczko bańkotwórcze, i zaczyna mi się kręcić w głowie od nieskoordynowanego rebirthingu, myślę czasami, że to dziecko, biegając za każdym kolejnym fruwającym bąblem, chciałoby wniknąć do jednego z nich i oderwać się tym sposobem od ziemi. Rozgościć się w kolorowej bańce i ulecieć wysoko. I dalej wyobrażam sobie, że mój syn jest niczym ten Anioł, najpiękniejszy z aniołów, który zagrał z Jane Fondą w hipisowskiej Barbarelli, i że obejmuje mnie, i matkę swoją też, niespodziewanie silnymi ramionami, i unosi nas wysoko ponad SoGo, ponad to miasto przemocy i okrucieństwa. A potem to już tylko love, love, love…

 

 


Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia