ENG
A A A
 wrzesień 2020 
Na zdjęciu: Leszek Bzdyl. Fot. Edgar de Poray

Iluzje

Leszek Bzdyl | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

14 września 2020

Bywają dni, kiedy pozostaje się pod wpływem zgubnej refleksji, jakoby wszystkie słowa zostały już napisane. Z niejakim smutkiem spostrzega się wtedy, że powszechne wysiłki, aby opowiedzieć świat, który nas otacza, przypominają zabawę w bełtanie wody w zamulonej kałuży. Uczciwy felietonista postanawia wtedy wejść pod kołdrę i przeczekać w cieple osłabienie mocy woli, popijając ziołowe herbatki. Przyjazny głos podpowie, że tematy znajduje się na ulicy, ale osłabiony felietonista mruknie tylko: „Najpierw ktoś musi je tam rozrzucić. Te, które teraz tam leżą, wydają się lekko zmurszałe.” I zakończy dyskusję moralizatorsko: „Lepsze jest bowiem kontemplowanie rysy na suficie aniżeli stwarzanie bytów ponad miarę.” O rysach na suficie pisał wielokrotnie George Perec, który zbił na pisaniu o niczym pokaźny kapitał literacki. Ale uczciwy felietonista wie, że nie wyciśnie nawet kropelki nowego z niczego. Zatem wchodzi pod kołdrę i oddaje się rozpoznawaniu tajemniczych faktur malarskich na swoim osobistym suficie.

Felietoniście nie starcza jednak cierpliwości na eksperymenty poznawcze à la Perec i dla zabicia nudy otwiera pierwszą z brzegu książkę. I już na drugiej stronie znajduje niepokojące przypuszczenie Bertranda Russella, sprzed bez mała 100 lat: „Nasza planeta stworzona została przed niewieloma minutami i wyposażona została w ludzkość, która «pamięta» iluzoryczną przeszłość.”

 

Z wielkim filozofem można się brać za bary lub też wykazać, że jego aprioryczne założenia, czy też karkołomne tezy więdną w zderzeniu z twardymi zasadami rozumowego poznania. Ale trzeba mieć ku temu siłę. I wiarę też trzeba mieć: wiarę w jakikolwiek racjonalny system poznawczy. Ostatnimi czasy mało co sprzyja utwierdzaniu zaufania dla racjonalnych systemów i rozumnych działań ludzkości w ogóle. Jeśli jest się więc osłabionym, a jednocześnie nadmiernie uważnym po kontemplacji sufitów, to nie ma się co dziwić, że taki filozof przejmuje władzę nad delikwentem i wiedzie, bez ceregieli, po ścieżkach swojego myślenia. A jak jeszcze przypomni się, że za Bertrandem Russelem w ogień by wskoczyli, tak Stanisław Lem, jak  Stefan Themerson, to już nie ma wyjścia i trzeba przemyśleć raz jeszcze to zdanie:

 

„Nasza planeta stworzona została przed niewieloma minutami i wyposażona została w ludzkość, która »pamięta« iluzoryczną przeszłość.”

 

Idąc za myślą Bertranda Russella, felietonista wnioskuje:
- to, co jemu, felietoniście, „przydarzyło się”, jest jedynie pewną opowieścią, w którą jego mózg został wyposażony,

- mogło się tak zdarzyć, że tę opowieść mógł otrzymać ktoś zupełnie inny, bo przecież zestaw opowieści musi być ostatecznie jakoś ograniczony,

- może być tak, przy założeniu, że nic się nie wydarza, a jest tylko zapisywane w „pamięci” poszczególnych ludzi, że jedna z jego „przygód” czeka w jakiejś bibliotece reminiscencji i będzie „przeżyta” po raz wtóry, w niedalekiej przyszłości, przez kogoś innego.

Słowa Russella pozwalają też wyjaśnić wysoce niezrozumiałe zachowania społeczne, takie jak:
- dlaczego historia nas niczego nie uczy?
Ponieważ nie ma żadnej historii – jest tylko kombinatoryka faktów i odpowiedni zbiór owych faktów, którymi mózg danego człowiek został wypełniony przed chwilą.
- dlaczego jedni uważają, że anachroniczne idee są wieczne żywe, a drudzy, że te nowe umocowane są w wieczności?

Ponieważ wszystkie idee zostały wpisane w mózgi kilka minut temu, zatem ogłuszająco dudnią swoją świeżością w każdej z blisko 8 miliardów głów.
- dlaczego felietonista ma ochotę opowiedzieć, co mu się „wydarzyło” u zarania jego artystycznego życia?


Ponieważ jest w pełni przekonany, że w tych dniach komuś innemu „przydarza się to samo”. A jeśli nie teraz, to z całą pewnością „wydarzy się” niebawem. I skoro może, to chciałby się swoją „pamięcią” podzielić ku chwilowej rozrywce i ku oczywistemu zapomnieniu, które jest nieuniknione przy kolejnym formatowaniu ludzkich mózgów i wypełnieniu ich zwojów nową iluzoryczną dawką danych. Za chwilę? Za tydzień? Za rok…

Rzecz miała miejsce w zamierzchłych czasach, kiedy to po ulicach chodzili jeszcze milicjanci. Milicjanci nie przeczuwali nawet, że za kilka lat zamienią się w policjantów. Ulice miast nawet nie śniły o tej godnościowo-demokratycznej przemianie. Ulice były szare, ale dostawały od władzy prezenty. Władza pozwalała sztuce wychodzić na ulice – niech ludzkość zamieszkująca ulice ma swoją chwilę kontrolowanej przyjemności! Jednym z takich prezentów był Festiwal Teatrów Ulicznych odbywający się w Jeleniej Górze i w okolicznych miasteczkach. Swoje przedstawienia pokazywały na nim rodzime zespoły, ale atrakcją byli ci INNI. Na festiwal przyjeżdżały bowiem zespoły z całego świata. Świat płacił wybitnym artystom, żeby jechali z demokratyczną sztuką do komunistycznego Gileadu. Artyści tamtejsi przyjeżdżali zatem do krainy pełnej milicjantów i rozsiewali wirusy odmienności pod osłoną błazenady, tańca, muzyki i innych, poważniejszych niekiedy, widowisk teatralnych. Do Jeleniej Góry, niczym muchy do miodu, ciągnęły każdego lata rzesze subkulturowych wykolejeńców z Wrocławia. Napatrzeć się, otrzeć się, może i porozmawiać z bogami z innego świata. Nowa fala, post-hipisi, post-punki, podziemni twórcy teatru i muzyki.

I na jednym z tych festiwali, które zwieńczał tzw. Karnawał Jeleniogórski, polegający na tym, że wszystkie te zespoły grały swoje przedstawienia od rana do nocy, bawił się Wasz felietonista. Krążyłem, jako gówniarski widz, po tym steatralizowanym na chwilę mieście, w swoich czerwonych spodniach w kwiaty i w niemożliwej do opisania zielonej koszuli. Włosy były długie i stylowo nie czesane. Krążyłem, oglądałem, chłonąłem. A że widownia tych przedstawień w połowie wypełniona była podobnymi do mnie freakami, to czułem się wolny, swobodny i u siebie.

I wtedy, nie wiem, dlaczego (dowód na „iluzoryczność przeszłości” - załadowano mi niepełny zestaw danych), spotykam Pontona. Ponton w owym czasie był mistrzem ceremonii wszystkich artystycznych rozrób we Wrocławiu. Stajemy z Pontonem w podcieniach rynku i Ponton zaczyna grać na saksofonie pożyczonym od Mariusza, który zjechał tu z przedstawieniem Grupy Działań Teatralnych. Ponton dmucha w trąbę energetycznie, jest wulkanem energii, więc mnie roznosi w improwizacji ruchowej. Tańczę. Za chwilę dołącza do nas ktoś z gitarą, ktoś na garnku robi perkusyjny podkład. Z czasem robi się spora orkiestra. Włosy przysłaniają mi widzenie świata, świąteczne uniesienie taneczne pogłębia wewnętrzną podróż za dźwiękami, ale zauważam z czasem, że wokół nas jest tak wielu widzów, że w marzeniach moich teatralnych, młodzieńczych, nigdy bym tylu wymyślił. Tańczę dalej tak, jakby mnie jakiś pierwotny duch szamański wypełnił.

 

Tańcząc, słyszę głos dyrektora festiwalu. Słowa kierowane są do Pontona: „Skończcie natychmiast. Przeszkadzacie w Karnawale”. Ponton nie odpowiada od razu, kończy frazę, odkleja saksofon od ust i mówi: „See you later”. I wraca do grania z większą intensywnością. Publika bije brawo, a ja jestem już w kosmosie.

Z kosmosu na ziemię ściąga mnie ciężkie uderzenie w ramię. Widzę przed sobą milicjanta, który zadaje dziwaczne pytanie: „Jesteś z nimi?”. Odpowiadam filozoficznie: „Jestem nimi”. Milicjant chwyta mnie i ciągnie przez tłumek widowni. Jestem w takim nastroju, że komediowo zabarwiam mój okrzyk: „Aresztowali mnie”. Nie tylko mnie, ale Pontona też. Zapakowali nas do suki i zawieźli parę ulic dalej. I krzyczeli w tej suce, i grozili. A potem znaleźli się w kłopocie, bo ten cały tłumek odnalazł tę sukę i stał, i patrzył, i mówił coś grzecznie do milicjantów. Zwłaszcza Mariusz, właściciel saksofonu, bo w perspektywie miał  swój spektakl do wykonania. Milicjanci krzyczeli, że saksofonu z suki nie wypuszczą, bo to dowód rzeczowy przestępstwa. Po godzinie ulegli jednak perswazjom i uwolnili instrument. I trzymali nas w tej suce z Pontonem do późnej nocy i wypuścili z niej, kiedy Karnawał się skończył. Żebyśmy w zabawie nie przeszkadzali…

I tu można byłoby zakończyć tę historię, która się nie wydarzyła, albo też wydarzy się niebawem –

 w którymś z naszych miasteczek, w ramach jakiegoś Karnawału. Ale jest jeszcze medialny epilog.

Kilka dni po tamtych wypadkach wpadła mi w ręce dolnośląska gazeta. W kulturalnym dziale znalazłem całostronicowy artykuł o Festiwalu. Szczytny zamysł, wspaniałe wykonania, radość publiczności, spektakle dawały do myślenia… Czytam dalej i oczom nie wierzę! Wytłuszczonym drukiem widzę pierwszą recenzję dotyczącą mojego performansu. Skoro ją pamiętam tak dokładnie, to znaczy, że zostałem obdarzony iluzoryczną pamięcią chwilę temu:

„W trakcie Karnawału, grupa zbuntowanej młodzieży, ubrana w czarne uniformy, urządziła w podcieniach jeleniogórskiego rynku nielegalny koncert muzyki alternatywnej (na nocnikach!). Interweniujący dyrektor festiwalu został zwyzywany od faszystów. Musiała interweniować milicja, zatrzymując jednego uczestnika zgromadzenia, który był bliski szaleństwa”.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 

 

 

 

 

 

 

 

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia