ENG
A A A
 październik 2020 

Jak poruszają się rodacy

Zbigniew Majchrowski | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

21 września 2020

„Z krajów, które znam jako tako, w Polsce najbardziej ludzie nałażą na siebie w codziennym obyczaju. Tutaj trzeba wytrzymać podwójny ciężar. Swojej własnej nieznośności dla siebie samego plus okazów obcych, które codziennie narzucają się ze swoją francą” – zapisał Sławomir Mrożek w Dzienniku w 1963 roku[1]. Ta diarystyczna notatka, choć powstała za czasów Władysława Gomułki, pozostaje aktualna, szczególnie dzisiaj, w pandemicznej rzeczywistości, gdy utrzymywanie dystansu społecznego jest najłatwiejszym i całkowicie bezkosztowym sposobem na ograniczenie transmisji wirusa. Niestety, po krótkotrwałej samodyscyplinie trzymania się w „kulturalnej” odległości od współobecnych, wraz z „poluzowaniem obostrzeń” wszystko wróciło do normy. Do normy, czyli do najgorszych nawyków.

 

Jest paradoksem, że Polacy, dość powściągliwi (na trzeźwo) w wymianie towarzyskich czułości (w porównaniu chociażby z Hiszpanami), bez żenady potrafią kłaść się na cudzych plecach w ogonku do kasy w Biedronce czy przed budką z lodami w wakacyjnym kurorcie. Przyczyn takiego napierania na siebie może być kilka. Najłatwiej powiedzieć, że to utrwalony efekt treningu życia w PRL-u, gdy kolejka do sklepowej lady musiała być tak uszczelniona, aby nikt się nie wcisnął („pan tu nie stał!”), a każdy napotkany przechodzień był traktowany jak wróg, bo w gospodarce deficytu towarów i usług stawał się potencjalnym konkurentem do nabycia reglamentowanych artykułów pierwszej potrzeby albo zajęcia miejsca w tramwaju, w przedziale kolejowym czy w poczekalni do dentysty. Tymczasem wyrosły już dwa pokolenia Polaków, którzy życia codziennego w PRL-u nie zaznali (chyba że dzieckiem w kolebce), szukajmy więc innych wytłumaczeń. Może zatem jest to skutek kolejnej fali awansu społecznego, przeprowadzki wielu młodych ludzi ze wsi i miasteczek do miast, gdzie podejmują studia bądź znajdują pracę, ale brak im doświadczenia w poruszaniu się w wielkomiejskiej przestrzeni, która rządzi się swoimi niepisanymi regułami i własnym rytmem. Tłoczą się więc przy wejściu do tramwaju zanim wysiadający zdążą opuścić wagon, a na chodniku nie trzymają się prawej strony… No tak, ale takie domniemanie to już wyraz klasizmu, więc z respektu dla poprawności politycznej wypada tę hipotezę wycofać. Ktoś z moich równieśników podsuwa myśl, że potrącanie na ulicy dotyka głównie nas, starszych ludzi, którzy z racji nieatrakcyjnego wieku stają się dla młodych społecznie „niewidzialni” (byłby to zatem wyraz równie niepoprawnego ageizmu). A może chodnikowe kolizje to skutek zatopienia co poniektórych przechodniów w wirtualnych światach, bo obcowanie z awatarami czy w ogóle z Internetem odzwyczaja od współuczestnictwa w prawdziwej rzeczywistości. Ktoś ze słuchawkami na uszach i z ekranem smartfona przed nosem najzwyczajniej nie dostrzega realnych osób, niekiedy zresztą on sam, a raczej jego smartfon pada ofiarą czyjegoś łokcia bądź zamaszyście niesionej torby.  

 

Tyle ostatnio pisze się w mediach (również społecznościowych) o mowie nienawiści, przemilcza się natomiast mało przyjazną mowę ciała. Wystarczy przecież wejść do wagonu klasy 2 pociągu Pendolino (niekoniecznie z walizką na kółkach), aby z przykrością zauważyć, że mało kto ze współpasażerek/pasażerów cofa nogi ostentacyjnie wysunięte na sam środek przejścia. Mijanie się na ulicy poprzedzone bywa odwróceniem głowy, co znaczyć ma: „nie interesuje mnie sposób, w jaki się wyminiemy w tym wąskim przejściu”, „nie licz, że przytrzymam przy sobie torbę, aby nie narazić cię na uderzenie”. Osobną kategorię stanowią prowadzający psy – gdy zbliżasz się z naprzeciwka, zamiast przywołania pupila do nogi ulubioną reakcją jest takie poluzowanie smyczy, abyś musiał się w nią zaplątać. Przestrzeń publiczna jest egoistycznie zawłaszczana, a nie współdzielona. Próby artystycznej interwencji, jakie w 1980 roku podejmowała w fotokolażach Ewa Partum, wkomponowując w obszar kolektywnej bierności swój indywidualny opór, którego znakiem była nagość, tracą obecnie na znaczeniu wobec „nowego stylu” zachowań, jaki wniósł w przestrzeń publiczną dzisiejszy liberalizm. „Jesteś tego warta” i „jestem, jaki jestem” – oto dwa kluczowe hasła, pierwsze z magazynu dla pań, drugie z magazynu dla panów, które najprawdopodobniej doprowadziły do tak dalece posuniętej poprawy samopoczucia zakompleksionych Polek i Polaków, że odzyskana pewność siebie przybiera teraz postać aroganckiego ignorowania innych.

 

Sposób obcowania ze sobą rodaków w przestrzeni publicznej cechuje zastąpienie empatycznej interakcji przez obcesową dominację. Ciała rdzennych mieszkańcow tego kraju zdają się wysyłać jeden komunikat: „nie widzę cię”. A od tego „nie widzę” już tylko krok do „nienawidzę”. Dzisiaj frazę „śpieszmy się kochać ludzi” spotkać można jedynie na cmentarzu – ten urywek wiersza księdza Jana Twardowskiego żyje już tylko na nagrobkach, lecz, jak się zdaje, nie zdołał nic odmienić w codziennym życiu, tak jak je postrzegał Mrożek przeszło pół wieku temu.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 



[1] Sławomir Mrożek, Dziennik, tom 1: 1962-1969, Kraków 2010.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia