ENG
A A A
 maj 2021 
Leszek Bzdyl. Fot. Edgar de Poray

Tygodnik

Leszek Bzdyl | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

16 listopada 2020

6 listopada, piątek – dzień premiery

 

Próbując wzbudzić w sobie jakiekolwiek poruszenie, śpiewam refren marksistowskiej pieśni, zaczynający się od słów: „Bój to jest nasz ostatni, krwawy skończy się trud”. Ta skrajna ironia nie działa, nie pobudza. Przygotowuję się do premiery*, ale nie mogę odnaleźć w sobie emocji, tak oczywistych w oczekiwaniu na rytuał teatralnego odnowienia przymierza miedzy sceną a widownią. Nie ma gorączki, nie ma dreszczy w okolicy kręgosłupa, nie ma panicznej tremy. Wydaje się, że wejdę na plac gry i metodycznie wykonam partyturę. Przedstawienie jest dobrze skonstruowane, nie muszę robić emocjonalnej ekwilibrystyki dla uwiarygodnienia scenicznych działań. Może bez tych okołopremierowych wzburzeń spektakl będzie jeszcze bardziej klarowny? Dwa dni wcześniej podjęto decyzję o kolejnym zamknięciu naszego świata na kłódkę. Mistyczna komunia rozpaczy i euforii wydarzyła się na drugiej generalnej z publicznością. Weszliśmy wtedy na scenę i odlecieliśmy wspólnie z 40 osobami na widowni poza realność miejsca i czasu. To, co kumulowało się od dłuższego czasu, wybuchło na tej próbie w sposób niewiarygodnie piękny. Niepowtarzalny. Świadomość kolejnego końca połączyła nas wszystkich zebranych w teatralnym budynku.

 

Jest dzień premiery. Zaraz zagram swoją rolę, zespołowo dobijemy do finału. Publiczność wróci do domów. Oświetleniowcy zgaszą światło. Nie wiadomo, kiedy znowu je włączą.

 

7 listopada, sobota – dzień po premierze

 

W Tańcu Delhi, sztuce Iwana Wyrypajewa, główna bohaterka powtarza kilkakrotnie: „Takie dziwne uczucie, umarła mi mama, a ja nic nie czuję.” To zdanie początkowo szokuje. Ale, kiedy słyszę je po raz kolejny, wyparowują z niego naturalne emocje. Pozostaje tylko refleksja nad niejasną konstrukcją uczuć. Zanika powód – pozostaje dziwność i swoista pustka w duszy. Dzisiaj miało być popremierowe wykonanie spektaklu. Powinienem czuć smutek albo gorycz. Nie odegram po raz kolejny tej energetyzującej konstrukcji scenicznej. Praca, którą się wykonało, włożona została do zamrażarki. Bezterminowo. Ale takie „umieranie mamy” przerabiam od bez mała dziewięciu miesięcy. Zaskakuje mnie spokój, z jakim odnajduję samego siebie w kolejnej odsłonie teatru dziwności. Pustka w duszy aż dudni. Mijają sobotnie godziny, spostrzegam, że nie jestem jakoś nadzwyczaj zmęczony trudami ostatnich tygodni. Ciało nie rusza się i nie znajduje powodu do ruchu, czekam na noc.

 

8 listopada, niedziela – tego dnia próbuję nie myśleć


Pewien Wielki Reżyser wyrzucił z siebie w trakcie twórczego wzburzenia i pod wpływem afektu, wynikającego z oporu teatralnej materii, wiekopomnie komiczne słowa: „Jestem w większym dramacie niż Król Edyp!” Przywołując tę nieadekwatność uczuć w stosunku do okoliczności,  w niedzielny poranek podejmuję decyzje:
-   nie będę myślał, że jestem pępkiem wszechświata,

-     nie będę skrapiał sieci histerycznymi poruszeniami myśli swoich,

-     pójdę na spacer i rozkoszować się będę szelestem jesiennych liści wzbudzanym przez czubki moich butów,

-     będę mantrował buddyjską frazę: wiosna nadejdzie bez niczyjej pomocy,

-     spróbuję wprowadzić w życie przykazanie pierwsze dla kadetów Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point: „Zacznij dzień od pościelenia łóżka.”

 

9 listopada, poniedziałek – dzień, którego właściwie nie ma

 

Zaczyna się kolejny festiwal symulacji i symulakrów. Wątpię w to, aby ktokolwiek, uczestnicząc w powszechnym „on-line”, doznawał innej radości poza tą, że uda mu się rozliczyć budżetowe zobowiązania. Festiwal potrwa wystarczajaco długo, żeby wszyscy mieli go znowu powyżej dziurek w nosie. To Coś musi się wypłaszczyć. To Coś musi wyraziście opaść. A do tego czasu liczniki oglądalności nie zechcą pęcznieć, a niewielka siła rażenia sieciowych tańców posłuży szydercom do uciesznych komentarzy. Z marketingowego punktu widzenia strzelimy sobie w kolano, jeśli upublicznimy to, co właśnie wyprodukowaliśmy scenicznie. Przedstawienie obejrzane w sieci zostanie odarte z tajemnicy. Kto ma ochotę oglądać serial na Netfliksie, jeśli został on skutecznie zespojlerowany przez nierozgarniętych przyjaciół? Do niedzielnego zestawu decyzji dokładam zatem kolejny ustęp do mojej tymczasowej lockdownowej konstytucji: NO MORE ONLINE DANCE!


Jedynym wyjątkiem będą tańce wykonywane przez Kamalę Harris. W tanecznych popisach przyszłej Pani Wiceprezydent można odnaleźć wszystkie aspekty, zarówno in plus, jak i in minus, teorii Społeczeństwa spektaklu. Teoria ta nijak nie chce się zestarzeć, a wręcz przeciwnie – z roku na rok coraz jurniejszą się wydaje. Patrząc dzisiaj na wybitnie koherentne, jamajsko-hinduskie ruchy bioder przyszłej pani wiceprezydent, zastanawiam się, ku jakim rajom nas zaprowadzi. No chyba, że chodzi jej jednak tylko o to, żebym wgapiał się w jej tańczące ciało i nigdzie, w żadną podróż nie wyruszał.

 

10 listopada, wtorek – dopada mnie złość

 

Buszując po fejsie, czytam wpis znajomej:
„Czy jeśli w dzisiejszych czasach nie interesuje mnie sztuka w maseczkach, sztuka w przyłbicach, sztuka w dystansie i sztuka online, to znaczy, że już w ogóle nie interesuje mnie sztuka?”

 

Jak to w przestrzeni mediów wysoce niespołecznościowych zdarzają się zalane żółcią porady. Jeden ze zradykalizowanych kolegów lekkim tonem komentuje:
„To zajmij się czymś innym.”


Ludzie z branży wrzucają ogłoszenia zbliżone w treści:
„Szukam pracy […] popracuję w księgarni, antykwariacie czy magazynie. Opiekować się dziećmi i sprzątać też lubię.”

Nie otwieram komentarzy. Obawiam się, ze znajdę tam coś, co rozerwie mi serce.

 

11 listopada, środa – dzień, w którym wypłynąłem na szare morze apatii


Listopadowa smuta nie ułatwia. Światło mojego personalnego interfejsu, wypełniającego sezonową pustkę po słońcu i tegoroczne wyłączenie scenicznych reflektorów, prowadzi mnie na manowce. Mój interfejs wypełnia czerwień odpalanej racy. Gdyby jeszcze niebo zechciało zesłać śnieg, to może i te czerwone błyski skomponowałyby się jakoś w litościwie akceptowalny landszaft. Ale nie ma śniegu. Apatycznie zawisam nad przekazem dnia. Nie mam siły myśleć o jutrze.

 

12 listopada, czwartek – najlepszy dzień na grabienie liści

 

W przydomowym ogródku nazbierało się wiele opadłych liści. Biorę grabie i zabieram się do pracy. Próbuję być ergonomiczny i konsekwentny. Nieśpiesznie tworzę ciemnozielone ścieżki pomiędzy liśćmi i formuję pożółkłe wzgórza. Przyglądam się tworzonym przypadkowo kompozycjom. Potem zaczynam szukać jakiejś logiki rządzącej przypadkiem. Podziwiam swoją pracę i mam ochotę uwiecznić na smartfonowej fotografii, którą potem zmuszeni będą zobaczyć moi przyjaciele z „instastory”. I wtedy, pomiędzy moje liściaste dzieło sztuki, wykreowane na 100 metrach kwadratowych przydomowego ogrodu, niczym deus ex machina, spada/wpada mój 3-letni syn, zarządzając chaos i dekompozycję. Chcę go powstrzymać, ale on mówi: „Tato, baw się ze mną.” Masz rację huncwocie! Kolejny tydzień będziemy bawić się do utraty tchu. A pochłonięci zabawą – przetrwamy.

 

 Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 

 

* chodzi o premierę spektaklu Wyspa w reżyserii Piotra Cieplaka, zrealizowaną we Wrocławskim Teatrze Pantomimy, więcej: 

https://www.taniecpolska.pl/wydarzenia/show/17639 – przyp. red.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia