ENG
A A A
 maj 2021 

Kim Chi Choreo 1: Siostry, jaki piękny hałas!

Magdalena Przybysz | taniecPOLSKA.pl | 2020

Felietony

7 grudnia 2020

KIM CHI

            h

            o

            r

            e

            o

 

Zapraszam Cię, Was, Nas do bycia ze sobą poprzez czytanie, pisanie i wymianę myśli. Nie wiem, gdzie zastaję Ciebie. Ja od kilku lat piszę książkę pod roboczym tytułem Dzienniki choreograficzne. Proces ten – momentami niełatwy, a momentami ekscytujący – pozwolił mi na uporządkowanie i zebranie praktyk choreograficznych i refleksji na temat sztuki tańca w Polsce – zarówno tej performatywnej, jak i codzienności.

 

Od paru wiosen specjalizuję się również w domowej produkcji naturalnego antydepresanta, jakim jest koreańska kiszonka kim chi. Bakterie do niej uzyskuje się za pomocą specjalnej mikstury, w której miesza się miód z imbirem, czosnkiem i czerwoną papryką. Eliksir ten w zetknięciu z solą, która uruchamia puszczenie soków z kapusty, daje efekt fermentacji. Mam nadzieję, że poruszane w felietonach tematy staną się choreograficznym kim chi – dodatkiem do naszych codziennych praktyk – czy to choreograficznych i tanecznych, czy to kulinarnych, czy to pisarskich, filozoficznych, dramaturgicznych czy też po prostu przyczynkiem do rozmowy i tworzenia kolejnych słoików z żywymi kulturami bakterii.

 

***

 

Siostry, jaki piękny hałas!

 

 

Synchronizacja

 

Tak się akurat złożyło, że 30 października widziałam w Warszawie dwie bardzo dobre zaangażowane społecznie choreografie. Jedna z nich wydarzyła się na ulicach miasta, a druga w budynku szkoły. Był piąteczek i nie tak jeszcze rok temu wyobrażałam sobie weekend. Od kilku dni łamię się, iść czy nie iść. Nie znoszę tłumów, hałasu, jestem osobą z wysokowrażliwością i kiedy hałas przekracza 70 decybeli, kulę się niczym jeż z teledysku Bjӧrk Human Behaviour, gdy przejeżdża nad nim samochód. Jednak coś mnie przyciąga jak magnes, zamawiam Ubera i jadę. Parę dni temu, wiedziona przeczuciem, że szykuje się na mieście choreografia o wiele dłuższa nawet niż spektakle Lupy, przygotowałam wraz z przyjaciółkami transparenty. Wsiadam do škody fabia, kierowca kątem oka spogląda na mój karton i napis na nim „lalalalalaj”.

 

Body mind centering[i] tłumu

 

O dziwo całkiem płynnie dojeżdżam pod Marriott, który mieni się metalicznie kolorem nadziei. Wyczuwam wewnętrzny rytm tłumu, kolektywny body mind centering[ii]. Ten pochód ma pulsowanie charakterystyczne dla jakości płynu mózgowo-rdzeniowego, powięziowe połączenie, wydobywa z siebie głos, a to z macicy, a to z trzewi, a jeszcze u innych prosto z serca i gardła. Aorty wraz z krwią wyrzucają ogień na zewnątrz, przez rozszerzające się i zwężające źrenice przeskakują impulsy. Dron krąży nad naszymi głowami i później w mediach społecznościowych widzę zrzut tej choreografii ulicy złapany z góry. Przez Rondo de Gaulle’a miarowo przepływa rzeka kobiet, których słowa rozbłyskują niczym cząsteczki powietrza w pęcherzykach płucnych. Piękne są te ruchome kompozycje. Zdarzają się też tamy i zatory, gdzieniegdzie jakiś agresywny wirus uderza w kogoś niczym ciało obce –w czarnej czapce z daszkiem i z tarczą, jak postać z animowanego filmu dla dzieci o ludzkiej anatomii Było sobie życie. Jednak burza hormonów: adrenaliny, katecholaminy i kortyzolu wystrzeliwanych do krwioobiegu ulic, napędza wspólnotową dynamikę. Po godzinie czuję, że mimo wzruszenia, moje neurony już skwierczą, skłaniam więc z pokorą głowę przed tą potężną falą samochoreografującego się na naszych oczach słusznego gniewu i z uczuciem podziwu dla performerek bohaterek tej ulicznej improwizacji strukturalnej odbijam w bok do Emilii Plater.

 

Nie-chocholi taniec

 

Przez chwilę dochodzę do siebie w ciszy, robię dłuższe wydechy. Dzwoni mój przyjaciel ze Stanów i pyta, czy żyję. Wieść, że „coś się teraz w Polsce dzieje” doszła za ocean. Za chwilę dołącza do mnie mój ziom spacerowicz Piotrek, któremu wcześniej dałam znać, że Komuna Warszawa daje dziś darmową herbatę w geście wsparcia dla protestujących i przy okazji zaprasza na spektakl w reżyserii Zorki Wollny Let’s make noise, sisters!. Jest piątkowy wieczór, piękna trzydziestoletnia i czterdziestoletnia młodzież powinna się bawić, tańczyć, szaleć na szkolnej dyskotece. Tymczasem jest inaczej, jakiś nieczuły narrator próbuje ustawić choreografię do chocholego tańca na kobiety. Tyle, że, ups, coś poszło nie tak i na naszych oczach rozgrywa się taniec siostrzański, duch niesamowitej słowiańszczyzny unosi się w powietrzu. Pijemy herbatkę i wchodzimy do środka. Korytarz na parterze zazwyczaj wygląda jakby czas zatrzymał się na nim trzydzieści lat temu niczym w kadrze z przerwy pomiędzy gegrą, a ZPT-mi; niektórzy siedzą w ławkach, inni podpierają ścianę, scrollując wiadomości na smartfonie, jeszcze inni padają sobie w objęcia, w toalecie ktoś pisze flamastrem imię ukochanej osoby. Ale nie tym razem. Tego wieczoru korytarz wygląda inaczej. Wkraczamy w wielowymiarową instalację.

 

Wściekle czułe audioseanse

 

Wita nas perkusistka, która wraz z chórem kobiet haftujących słowa opresji takie jak seksizm, homofobia czy dziaderstwo tworzy przyśpiewkę-zaklęcie, której głównym motywem są słowa  „niech się ciebie pozbędę”. Idę do sali, w której na ścianie wyświetlany jest wideo koncert. Psychodeliczny chór wydaje z siebie syki, szumy, zawołania, świszczenia, miauki, pomruki, warczenia, jęki, syrenie nawoływania, westchnienia, szlochy, chichoty, nierozpoznawalne wyrazy z innych światów. Organiczne dźwięki zawierają czyste emocje. Wszystko to koi mnie i nastraja baśniowo. Odzyskuję poczucie centrum, wstaję i idę dalej. Jestem ciekawa, co dzieje się w największej sali. Tam sytuacja jest odwrócona – publiczność siedzi na scenie, a na widowni widzimy oto Cage’owskie pieśniarki w choreografii codzienności polegającej na autoironicznym obieraniu ziemniaków (piękne odwołanie do pracy Julity Wójcik z Zachęty). Mimo że sytuacja oparta jest na eleganckim koncepcie, znowu najsilniejszym przekazem okazuje się muzyka. To rytm skrobania, rzucanych obierków, pojedyncze słowa, zdania tworzą rytualną pieśń. Sama intencja emocjonalności zawartej w tej wielopoziomowej kompozycji pozwala mi odczuć szczególną atmosferę, mieszankę sprzecznych uczuć złości i czułości, delikatności i mocy, żartu i powagi, rezygnacji i zrywu nadziei. A przede wszystkim sprawia, że czuję się częścią czegoś większego.

 

Poczucie po-więzi

 

Wychodzę na zewnątrz przewietrzyć się, na ścianie budynku i potem na korytarzach mijam instalacje wideo, małe perełki*. Wchodzę po schodach i idę, niczym Leo udający się na spotkanie z Wyrocznią, posłuchać wykładowczyni wiedźmy (czyli tej, co wie) Ewy Majewskiej. W małej sali prób na piętrze stoi czerwony ikeowski stolik, krzesło, mikrofon, notatki, świeczki i inne artefakty potrzebne do technoczarów. Jej wykład o feminizmie jako centrum wydarzeń emocjonalnych i społecznych zaczął się jakiś czas temu, ale to nie szkodzi. Każde słowo jest żywe, każde ma moc. W pewnym momencie Majewska, zamiast zakończyć wykład, co podkreśla, że zrobiłaby, gdyby nie równoległa choreografia uliczna, robi publiczny osobisty coming out aborcyjny i zaprasza do rozmowy. Tak oto jej świat staje się naszym współdzielonym światem i czuję, że jest tak, jak wraz z performerkami napisała na chodniku Zorka „Mój problem jest problemem kobiety”. Rozmawiamy. DZISIAJ JESTEŚMY W TYM RAZEM. Każdy na swój sposób. Jedni na ulicach, inni w domach, jeszcze inni w teatrze. Powięź łączy nas w różnych miejscach tkanki miasta i wraz z krwią pulsuje dziś żywym ogniem.

     

Szept Syrenki Warszawskiej   

 

Jest już późno, wracam przez opustoszałe nagle ulice i czuję się jak w kolejnej dokrętce dystopijnego filmu. Wieje wiatr, przed oczami migają mi cyfry 1956, 1968, 1970, 1989, 2020, opuszczone transparenty oparte o śmietniki, mijam ostatnio postawioną rzeźbę Jana Pawła II, widzę przez bramę, że stoi tyłem do miasta, z kamieniem nad głową i pochylony nad rzeką czerwonej krwi patrzy w zupełnie inną stronę. Gdzieniegdzie migają milczące koguty radiowozów, księżyc odbija się w rzece. Przechodzę przez Most Poniatowskiego w stronę Syrenki Warszawskiej, która szeptem rzuca w wodę kolejne zaklęcia.

 

*materiały wideo można obejrzeć na stronie projektu: http://www.zorkawollny.net/NOISE-SISTERS/

 

 

 Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 

 

 

Magdalena Przybysz – choreografka, wykładowczyni, psycholożka, wykładowczyni kursu choreograficznego Rozgrzewki demokratyczne na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku Sztuk Społecznych w Instytucie Kultury Polskiej oraz kierowniczka studiów podyplomowych Komunikacja w organizacji oparta na empatii na SWPS w Poznaniu i w Warszawie, a także autorka kursu Modele pracy w grupie i Teoria projektów społecznych na kierunku „Sztuki Sceniczne. Somatyka w tańcu i terapii”  na Akademii Muzycznej w Łodzi. Współpracuje z reżyserami i reżyserkami, kompozytorami i kompozytorkami, artystami i artystkami sztuk wizualnych (m.in.: Klaudia Hartung-Wójciak, Jakub Wróblewski, HOTELOKO movement makers, grupa MML).

Obecnie pracuje nad książką Dzienniki choreograficzne realizowaną w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.



[i] Autorka odnosi się do techniki Body-Mind Centering®.

[ii] Jak wyżej.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia