ENG
A A A
 kwiecień 2021 

AUTPORTRET: Przemek Kamiński

Dominik Więcek | taniecPOLSKA.pl | 2021

Wywiady

26 lutego 2021

Podczas zajęć ze śpiewu w szkole musicalowej w Teatrze ROMA prowadząca powiedziała mu, żeby nie marnował czasu i lepiej skupił się na tańcu. Marzenie o występowaniu w Kotach – jego ulubionym musicalu – legło wówczas w gruzach. W rozmowie powiedział, że nie wierzy w przypadek – wszystko, co się dzieje w naszym życiu, ma swój sens, oraz, że jest w aktualnie w miejscu, do którego skierowały go wszystkie dotychczasowe zdarzenia. Pracuje jako tancerz i choreograf zarówno w kontekście sztuk performatywnych, jak i wizualnych. Interesuje go choreografia rozumiana jako poszerzona praktyka, która przejawia się w wielości formatów i mediów. Wyznał, że już podczas zajęć z historii tańca w ramach Instruktorskiego Kursu Kwalifikacyjnego (organizowany przez Narodowe Centrum Kultury) znacznie bliżej mu było do Yvonne Rainer, czy Trishy Brown niż do Piny Bausch, czy Kurta Joossa. O tym, jak kształtowało się jego zainteresowanie tańcem i taneczna edukacja, jak pracuje się nad spektaklem, w którym samemu się występuje, oraz o projekcie, nad którym aktualnie pracuje, opowiedział mi w naszej rozmowie.

 

O początkach w tańcu

 

Zacząłem tańczyć, gdy miałem sześć lat. W przedszkolu w Radomiu do którego uczęszczałem, organizowane były dodatkowe zajęcia taneczne, na które zapisali mnie rodzice. Następnie zacząłem chodzić na popularne wówczas zajęcia z tańca towarzyskiego, ponownie za namową rodziców. Trenowałem przez siedem lat, odnosząc pewne sukcesy, zdobywając puchary i medale. Pamiętam dwunastoletniego siebie – wymalowanego ciemnym fluidem, w bardzo obcisłym czarnym welurowym stroju, co teraz oczywiście wydaje mi się bardzo problematyczne. Przez cały ten czas tańczyłem z jedną partnerką, która prywatnie była moją przyjaciółką, byliśmy wręcz jak rodzeństwo. Gdy wyprowadziła się z Polski, porzuciłem taniec towarzyski i zacząłem poszukiwać innych form. Próbowałem swoich sił w tańcu nowoczesnym, jak street dance, tańczyłem w formacjach, z którymi brałem udział w zawodach w Polsce i za granicą, zacząłem też chodzić do szkoły musicalowej przy warszawskim Teatrze ROMA. Gdy miałem osiemnaście lat, rozpocząłem Instruktorski Kurs Kwalifikacyjny, organizowany przez Narodowe Centrum Kultury w Warszawie, ze specjalnością Taniec współczesny. Był to bardzo produktywny czas, wiele się podczas tego kursu nauczyłem. Do dzisiaj miło wspominam moje wykładowczynie, m.in. Milenę Jurczyk – wspaniałą i wymagającą nauczycielkę tańca klasycznego, oraz Hannę Chojnacką, Aleksandrę Dziurosz czy Katarzynę Skawińską. Wtedy też po raz pierwszy studiowałem historię tańca. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem książkę Barbary Sier-Janik Post modern dance, zafascynowany pracami artystek i artystów Judson Dance Theater. Nie wiedziałem jeszcze w tamtym czasie, że ta fascynacja przełoży się w przyszłości na projekty, które stworzę.

 

O poszukiwaniach

 

Po ukończeniu kursu, w trakcie pierwszego profesjonalnego projektu, w którym brałem udział jako tancerz, doznałem poważnej kontuzji kręgosłupa. Fizjoterapeuta powiedział mi, że to uraz na podłożu psychosomatycznym. Miałem wtedy poczucie, że muszę coś zmienić w swoim podejściu do tańca. Po okresie rekonwalescencji, zacząłem poszukiwać nowych praktyk i nauczycielek. Trafiłem na zajęcia Karoliny Kroczak, której podejście do tańca i skupienie na dogłębnym rozumieniu ruchu bardzo mnie zafascynowało. Zacząłem też wyjeżdżać na warsztaty za granicę, do Wiednia czy Londynu. Zostałem zaangażowany do projektu Old Music New Dance, produkowanego przez Art Stations Foundation w Poznaniu, w ramach którego pracowałem z duńską choreografką Kirstine Kyhl Andersen nad spektaklem Grandiloquent. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z tak ogromną otwartością choreografki na twórczy wkład tancerek i tancerzy w procesie kreacji spektaklu. Chwilę później otrzymałem stypendium Art Stations Foundation w Poznaniu na udział w Alternatywnej Akademii Tańca. Pierwszy coaching, w którym uczestniczyłem, prowadzony był przez Petera Pleyera – berlińskiego choreografa, tancerza i pedagoga – i nazywał się: Odkryj swoje idiosynkratyczne ciało. Był to również pierwszy raz, kiedy spotkałem się i zafascynowałem praktykami somatycznymi. Peter powiedział mi też o berlińskiej szkole choreograficznej HZT [Hochschulübergreifendes Zentrum Tanz/ Międzyuczelniane Centrum Tańca, dalej jako HZT – przyp. red. ]. Pomyślałem, że może warto byłoby spróbować i wyjechać z Polski. W trakcie coachingu poznałem także Korinę Kordovę, która właśnie odeszła ze Śląskiego Teatru Tańca. Od razu się zaprzyjaźniliśmy, oboje też czuliśmy potrzebę rozpoczęcia swojej własnej praktyki artystycznej. Zaowocowało to wspólnymi projektami: wyprodukowanym i zaprezentowanym podczas Maat Festivalu w Lublinie #abyss.witchroulette (2013) i stworzonym na wystawę w ramach PQ Prague Quadrennial of Performance Design and Space w Pradze w kolaboracji z wegańską blogerką Martą Dymek #abyss.foodpossession (2015. Spektakle stworzyliśmy we współpracy z dramaturgiem Mateuszem Szymanówką – obecnie kuratorem programu tanecznego w berlińskim teatrze Sophiensaele, z którym później wielokrotnie współpracowałem przy moich kolejnych projektach. Praca z Koriną i Mateuszem była wspaniała, a czas spędzony w studiu – nasycony był przyjemnością. Jeden z coachingów Alternatywnej Akademii Tańca odbywał się podczas Festiwalu Malta, podczas którego [w ramach przeglądu Stary Browar Nowy Taniec na Malcie – przyp.red.] zobaczyłem spektakl Musik (Praticable) Isabelle Schad, mieszkającej i pracującej w Berlinie choreografki, z którą później – po przeprowadzce za granicę – rozpocznę wieloletnią współpracę.

 

O HZT

 

W 2013 roku dostałem się na studia na kierunku Dance, Context, Choreography w HZT które jest częścią Uniwersytetu Sztuki (Universität der Künste) w Berlinie. Dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego pokazałem swoją pierwszą autorską pracę – miniaturę choreograficzną Die Reihe (2013), stworzoną na zamówienie Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie, Fundacji f.o.r.t.e. oraz Fundacji Burdąg do muzyki Witolda Lutosławskiego. [jako część projektu LUTOSFERY w ramach programu Lutosławski 2013 – Promesa, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca – przyp. red].

 

Studia w Berlinie były bardzo intensywne – trzy lata przepełnione warsztatami, seminariami i indywidualnym mentoringiem. Bardzo podobało mi się to, że mogłem sam konstruować program swoich studiów i wybierać kursy, w których chcę uczestniczyć. Dzięki temu poznałem wiele wspaniałych artystek, które znacząco wpłynęły na rozwój mojej praktyki choreograficznej. Były wśród nich Simone Aughterlony, Jeanine Durning, Frédéric Gies, Sandra Noeth, Litó Walkey czy Siegmar Zacharias. Wieczory i weekendy spędzałem z reguły w studiu – pracując nad własnymi projektami lub uczestnicząc, jako performer,w próbach do projektów innych studentów. Na tym samym kierunku studiowało już kilka osób z Polski, był to czas kiedy zawiązały się moje przyjaźnie z Anią Nowak, Agatą Siniarską, Ewą Dziarnowską czy Kasią Wolińską[i].

 

Na pierwszym roku studiów rozpocząłem też współpracę ze wspomnianą już choreografką, Isabelle Schad, której spektakl widziałem kilka lat wcześniej na Festiwalu Malta w Poznaniu. Nasza współpraca trwa do dziś. Od 2013 roku wystąpiłem w jej sześciu projektach, kilkukrotnie byłem też asystentem tej choreografki, na przykład podczas adaptacji spektaklu Der Bau – Gruppe na studentów sztokholmskiej szkoły tańca DOCH.

 

Podczas studiów tworzyłem także własne prace choreograficzne. W 2014 roku, czyli po pierwszym roku studiów, na zamówienie Galerii Labirynt w Lublinie stworzyłem Some Other Things. Ten performans powstał w oparciu o pracę Simone Forti Five Dance Constructions and Some Other Thingsz lat sześćdziesiątych. Przyglądałem się koncepcji „tanecznych konstrukcji” i stworzyłem pięć własnych, w których kierowałem uwagę na materialność działania zamiast na potencjalną narrację. Razem z prostymi obiektami zajmowaliśmy tę samą przestrzeń i angażowaliśmy się w podobne rodzaje ruchów, jak falowanie, ślizganie, przesuwanie, rolowanie, zgniatanie czy upadanie. Po drugim roku studiów, w 2015 roku, mój projekt został wyłoniony w konkursie na rezydencję choreograficzną w ramach wystawy Lets Dance, organizowanym przez Art Stations Foundation w Poznaniu oraz Instytut Muzyki i Tańca Efektem był performans Nowe nieskończone solo na obuwie sportowe, czas przeszły i grupę osób, który stworzyłem we współpracy z Mateuszem Szymanówką, oparty na praktyce akumulacji cytatów, strategii i metod związanych z nowojorską awangardą taneczną lat 60. XX wieku. W tej pracy próbowaliśmy stworzyć przestrzeń, w której w której wspomnienia i fantazje wprawiane są w ruch za pomocą ciała i dźwięku, stając się podstawą nowej, tworzonej na oczach widzów kompozycji.

 

O byciu choreografem i tancerzem we własnych projektach

 

Dwie wspomniane wyżej prace to solowe choreografie, które stworzyłem i w których również występowałem. Decyzje, by brać udział jako performer w swoich własnych projektach wynikają z kilku powodów. Czasem mają podłoże artystyczne, na przykład ze względu na osobisty charakter danej pracy, a innym razem uwarunkowane są budżetem i brakiem środków na zatrudnienie performerki lub performera. Praca z samym sobą jest zarówno fascynująca, jak i trudna. Na pewno wymaga dużo samodyscypliny podczas tych dziesiątek godzin spędzonych w pojedynkę w studiu. Najbardziej doświadczyłem tego podczas tworzenia spektaklu Pharmakon (it radiates), który powstał w ramach programu Solo Projekt Plus Art Stations Foundation w Poznaniu w 2017 roku. Był to bardzo długi i intensywny proces, w którym eksplorowałem kolor niebieski przez pryzmat starogreckiego terminu pharmakon, oznaczającego lek, truciznę i coś, co musi zostać złożone w ofierze. Byłem bardzo wdzięczny, że w tych wszystkich momentach samotności w studiu i kruchości związanej z samym aktem tworzenia, miałem wsparcie dramaturga Mateusza Szymanówki i mojego coacha Guya Coolsa. Proces był na tyle długi, że wypracowałem bardzo dużo materiału choreograficznego. Nie wszystko mogło znaleźć się w spektaklu, z „odpadków” stworzyłem drugie solo – Blue (ribbon dance). Te dwa przedstawienia rozpoczęły też cykl prac, które nazywam chromatycznymi choreografiami, ponieważ interesuje mnie w nich relacja pomiędzy kolorem a choreografią oraz eksploracja barwy nie tylko z perspektywy wizualnej, ale przede wszystkim od strony cielesnej. Metodologia tych prac oparta jest na czymś, co nazywam somatyzacją koloru. Z jednej strony, studiuję systemy ciała, które prowokują ruch w kolorze, szukając np. niebieskiego ruchu inicjowanego z nerek i pęcherza, czy zielonego z więzadeł i ścięgien, z drugiej j– pracując z kolorem jako obrazem w procesie wizualizacji, szukam ruchu pochodzącego z tego rodzaju uważności i odczuwania. W ramach tego cyklu powstała też grupowa praca Soft Spot (2018), w której jestem też częścią czteroosobowej obsady. Przez pryzmat opalizacji (efektu optycznego, charakteryzującego się grą barw, które zmieniają się w zależności od kąta obserwacji) eksplorowaliśmy potencjał miękkości na poziomie ciała, jakości ruchu i znaczeń, które produkuje. W moim ostatnim spektaklu Sunrise Sunset (2020), duecie z Martinem Hansenem, prezentowanym w berlińskim HAU Hebbel am Ufer, zjawisko ciepło oświetlonego horyzontu, które można zaobserwować podczas wschodu lub zachodu słońca, stało się soczewką do spojrzenia na niekompletne archiwum życia i twórczości amerykańskiego tancerza i choreografa Freda Herko.

 

O pracy nad nowym projektem

 

Aktualnie pracuję nad nowym projektem w centrum choreograficznym K3 Tanzplan Hamburg, gdzie wyłoniony w drodze konkursu otrzymałem ośmiomiesięczną rezydencję, a także wsparcie finansowe, dramaturgiczne, techniczne i produkcyjne. Współpracuję z Julią Plawgo, polską tancerką i choreografką mieszkającą w Berlinie, z którą przyjaźnię się już ponad dwanaście lat. Projekt, który realizuję w Hamburgu, początkowo planowany był jako spektakl, jednak przez sytuację pandemiczną i panujące obostrzenia zmienił format na film. Chciałem uciec od pokazywania nagrania wideo czy streamingu ze sceny – od początku miałem poczucie, że spektakl nie jest dobrym medium dla tej pracy. THEREAFTER, bo taki jest jej tytuł, będzie pseudo-dokumentalnym filmem o podróży dwójki bohaterów przez wyimaginowany (zielony) krajobraz. Projekt ten jest też krokiem w stronę rozwijania mojego zainteresowania choreografią jako poszerzoną praktyką, która może przejawiać się w wielości formatów i mediów. Ten projekt dał mi możliwość choreograficznej pracy z operatorem kamery oraz potraktowania całego procesu montażu jako choreografii.

 

Ośmiomiesięczna rezydencja w Hamburgu, którą zakończę w kwietniu tego roku i która odbywa się równolegle z rozwojem pandemii, była luksusem. Oprócz tego, że mogłem regularnie korzystać ze studia, dbać o siebie i praktykować, to po raz pierwszy miałem też czas i przestrzeń, aby (intencjonalnie) zapomnieć o tym, co napisałem w aplikacji, zgubić się i dryfować. Przez ostatnie kilka miesięcy bardzo dużo myślałem o przyjemności w relacji do tańca i konstrukcji samego procesu pracy. Regularnie praktykowałem też Constructive Rest – pozycję odpoczynku, wywodzącą się z z techniki Alexandra.

 

O relacji z Polską

 

W projektach, które tworzę za granicą, często otaczam się gronem współpracowniczek i współpracowników , które albo mieszkają w Polsce, albo są polskiego pochodzenia. W THEREAFTER, oprócz Julii Plawgo, współpracuję z polską artystką dźwiękową, mieszkającą w Wiedniu, Zosią Hołubowską, osiadłym w Polsce reżyserem światła białoruskiego pochodzenia Aleksandrem Prowalińskim, a Katarzyna Słoboda z Muzeum Sztuki w Łodzi napisała tekst do publikacji wokół procesu pracy.

 

Od kiedy spektakl So Emotional (2017), stworzony razem z Martą Ziółek i Mateuszem Szymanówką, nie jest już prezentowany repertuarowo w Nowym Teatrze w Warszawie, nie przyjeżdżam często do Polski. Mam w sobie dużo wdzięczności za wszystko, co mnie tam spotkało: za możliwości, które otrzymałem, za prace, które stworzyłem, za spotkania z wieloma wspaniałymi ludźmi, z którymi do dziś utrzymuję przyjaźnie. Czasem tęsknię. Uważam, że polskie środowisko choreograficzno-taneczne jest bardzo ciekawe, pełne wielu wspaniałych artystek i artystów, których działania staram się śledzić chociażby przez Internet. Mam cichą nadzieję, że w popandemicznej rzeczywistości, będę mógł znowu zacieśnić moje kontakty z polskim środowiskiem choreograficzno-tanecznym.

 

Wysłuchał, wypytał, zanotował i zapisał Dominik Więcek

Zdjęcia wykonano w K3 – Zentrum für Choreographie w Hamburgu.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (oryginał)

 

 

 

[i] Więcej na temat funkcjonowania polskiej społeczności tancerzy/rek i choreografów/fek w Berlinie można przeczytać w tekście Ani Nowak na naszym portalu: Ruchome sieci współpracy. Nie tylko o polskiej społeczności tańca w Berlinie, 20 stycznia 2021, https://www.taniecpolska.pl/krytyka/789 – przyp. red.

 

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia