ENG
A A A
 maj 2021 

Myślimy teatrem. Rozmowa z Joanną Czajkowską

Joanna Czajkowska

Wywiady

Zapis fragmentów spotkania z Joanną Czajkowską, które odbyło się 15 stycznia 2009 roku w klubokawiarni Mała Litera w Łodzi.

 

ANNA KRÓLICA: Dziesięć lat temu nazwaliście swoją grupę „Teatr Okazjonalny”. Skąd ta nazwa – czy chodzi o specyfikę działania tego teatru, mniej regularne niż obecnie występy? Co zmieniło się przez te dziesięciolecie istnienia Teatru Okazjonalnego?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Muszę sprostować.. Dziesięć lat temu założyliśmy teatr z Anią Haracz, Jackiem Krawczykiem i Grzesiem Rogińskim. Teatr nie nazywał się „Okazjonalny”, tylko „Grupa Działań Scenicznych Kino Variatino” i po dwóch latach współpracy się rozdzieliliśmy. Ania Haracz zachowała Kino Variatino - teraz: „Teatr Tańca i Muzyki Kino Variatino” - a my przyjęliśmy nazwę „Teatrzyk Okazjonalny”… Potem „Teatrzyk Okazjonalny” pod silną presją z zewnątrz zamienił się w „Teatr Okazjonalny”, a później w „Teatr Okazjonalny / Occasion Dance Theatre”. Może to sztucznie brzmi… ale oddaje nasz charakter. Słowa „Okazjonalny” i „Teatrzyk” były żartem. Bardzo poważnie traktowaliśmy siebie jako tworzące osoby i traktowaliśmy zawsze poważnie teatr tańca jako formę sztuki, artystycznej wypowiedzi. Jesteśmy z Sopotu, Trójmiasta, gdzie wiele lat przed nami istniała już silna tradycja studenckich teatrów, do której chcieliśmy nawiązać - Teatrzyk Rąk Co To?, Teatrzyk Bim-Bom – stąd słowo „teatrzyk” w naszej nazwie. „Okazjonalny” - odnosi się do ulotnego charakteru sztuki tanecznej, a ponadto do tego, że zawsze chcieliśmy, aby to, co robimy, było piękną i mądrą „okazją” do spotkania z widzami, „okazją” - czyli czymś specjalnym. To, czy się nam to udaje, to inna kwestia…To już należy do oceny widzów.

 

ANNA KRÓLICA: Nie baliście się, że jako „teatrzyk” będziecie odbierani jako teatr w stylu buffo czy kabaret?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Z Jackiem – powiem nieskromnie – jesteśmy skromnymi osobami i zawsze mieliśmy dystans do tego, co robimy. Osiem lat temu nie mieliśmy takiej „medialnej” świadomości, że jeżeli nazwiemy się „Sopocki Teatr Tańca”, albo „Sopot Physical Theatre” , to będzie duże „wow!”, a jeśli „Teatrzyk Okazjonalny” - ludzie nie złapią, że to rodzaj żartu, a raczej pomyślą, że „okazjonalny” to „sporadyczny”, czyli taki, co od czasu do czasu sobie „machnie nogą” i wystąpi na scenie… Dlatego przyjęliśmy drugi, angielski człon nazwy – zdarzało się, że na różnych festiwalach tłumaczono naszą nazwę jako „Sporadic Theatre”…

 

ANNA KRÓLICA: Jak widać też zrobiłam tę pomyłkę. Jednocześnie jednak pomyślałam, że te osiem-dziesięć lat temu mogliście mieć problem z „przebiciem się” do częstych występów na jakiejś sceny, stąd okazjonalny w znaczeniu zarazem sporadycznego, ale i o randze święta, wydarzenia.

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Nasza droga na szczyty polskiego tańca współczesnego była długa i bolesna [śmiech]. Nasza nazwa nie pomogła nam w tym… Trzeba też pamiętać o specyfice Trójmiasta. Zwłaszcza Jacek, ale ja również, byliśmy osobami znanymi w świecie trójmiejskiego tańca – Jacek był wcześniej dziesięć lat jednym z filarów Teatru Ekspresji [Wojciecha Misiuro – przyp. red. ]. Ja nie miałam takiej pozycji, chociażby ze względu na różnicę w wieku i doświadczeniu… ale współpracowałam już z jakimiś teatrami i robiłam już jakieś malutkie swoje rzeczy…

 

ANNA KRÓLICA: … możesz zdradzić, jakie?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: A tam, taka historia… Lata dziewięćdziesiąte wspominam z rozrzewnieniem – z jednej strony, to nie był łatwy okres, z drugiej – w pewnym sensie było łatwiej… Nie było możliwości ciągłej edukacji, nikt na początku czy w połowie lat 90. nie marzył, by wyjechać gdzieś na studia taneczne… Teraz jest nowe pokolenie tancerzy – które wyjeżdża z Polski już wiele potrafiąc, podejmuje studia na Zachodzie i często tutaj wraca. Kiedyś było to praktycznie niemożliwe, może trafiały się z rzadka takie jednostki, ale generalnie ludzie uczyli się w Polsce od mistrzów – albo takich, którzy tutaj byli, albo tych, którzy przyjeżdżali. Pod tym względem było ciężej, nie było też różnych udogodnień – portali internetowych [śmiech]… Z drugiej strony był taki „dobry duch” - to było zaraz po przemianach politycznych, wszystkim wydawało się, że taniec to coś nowego, ważnego, wartościowego… Na tej fali zmian społecznych po prostu dobrze się to robiło – ludzie walili na spektakle, zawsze był „full” na widowni. Przyjechała Melissa Monteros, założyli z Wojtkiem Mochniejem Gdański Teatr Tańca – sama audycja do tego teatru owiana była legendą… Uczyli ludzi – w zasadzie wszystkie osoby, które pracują teraz w Trójmieście, kształciły się u Melissy w różnych okresach. Oni zaczęli takie coś, co nazywało się „Dance Explosions” - festiwal mający na celu promocję nowych twarzy. Melissa zawsze chciała nie tylko kształtować tancerzy, ale też uczyć ich uczenia tańca, przekazywać metodykę nauczania. Razem z Wojtkiem bardzo silnie motywowała też ludzi do robienia własnych rzeczy – do debiutów choreograficznych. Ja debiutowałam właśnie w 1997 roku na pierwszym Dance Explosions…

 

PYTANIE Z SALI: Jakie były powody tej mobilizacji? Mnie teraz na przykład tego brakuje…

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Też się nad tym zastanawiałam. My w Trójmieście mieliśmy taką obawę, że nie ma młodego pokolenia, pokolenia „po nas”. Teraz już wiem, że jest, że się rodzi i ma zupełnie inną sytuację, niż mieliśmy my w latach dziewięćdziesiątych. To ciekawa sprawa. Dla mnie najważniejsi byli mistrzowie, osoby które robiły sztukę w moim rozumieniu niezwykle wartościową. Ludzie, którzy mieli charyzmę, a jednocześnie byli bardzo „ludzcy”. I to nie było tak, że „stara, teraz robisz!”, tylko dobre, mądre spojrzenie w oczy i powiedzenie: „Wierzę w ciebie… zrób coś, bo masz coś do powiedzenia”. Potem, dzień - dwa przed premierą, przyszli i skrytykowali to i tamto, ale potem mówili „jest klasa” i – „pokazujemy!”. To były normalne, zupełnie naturalne kontakty. Rozmawiałam ostatnio na coachingu z Agnieszką Noster, Iwoną Olszowską, Iwoną Gilarską… Dziewczyny z młodego pokolenia zapytały „A wy skąd się tak wszystkie znacie?”. A my się znamy z historii, bo kiedyś coś się razem robiło.. Agnieszka Noster, Iwona Olszowska – to tancerki troszkę ode mnie starsze, o dłuższym artystycznym życiorysie, stanowiące zdecydowanie ważną część historii tańca współczesnego w Polsce. To one były dla mnie kiedyś mistrzyniami. Patrząc na Agnieszkę, czy na Anię Krysiak w Śląskim Teatrze Tańca, myślałam sobie: „Jezus Maria! Gdybym koło nich stanęła… nie wiem, czy mogłabym za nimi nosić baletki”. A dzisiaj – są moimi serdecznymi koleżankami. 

 

Chodzi o ludzki wymiar – był zachwyt mistrzem, a zarazem potem pojawiała się serdeczna relacja. Wszystko miało charakter z jednej strony bardzo prywatny – z drugiej amatorski. Mnie nie przyszłoby do głowy, że mam dostać za premierę pieniądze. Teraz dla młodych ludzi to normalne – chcą dostać kasę na to, żeby wyprodukować spektakl i potem za to, że wystąpią. Co zresztą jest słuszne, ale w latach dziewięćdziesiątych nikomu do głowy by to nie przyszło. To zupełnie inny rodzaj mobilizacji - „jestem wykształconą tancerką, proszę mi dać pieniądze, na pewno to, co zrobię, będzie profesjonalne”. Trzeba pisać projekty, składać wnioski o granty… Jeśli dostanę pieniądze – to jest mocna mobilizacja, jeśli nie – muszę szukać mobilizacji dalej, w sobie, żeby zrobić to samemu. Kiedyś było tylko drugie, plus dobre dusze, które pomagały.

 

ANNA KRÓLICA: Czy spektakle, które robiłyście wtedy z Melissą, miały możliwość jakiejś dalsze dystrybucji? Jeździło się gdzieś z nimi?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Nie no, nie szalejmy… [śmiech] Wszystko polegało na tym, że się to robiło i pokazywało – i jak przyszli państwo z mediów i zaprosili do audycji w radiu albo cokolwiek napisali, to było super. A jak nie – to też było super, bo znajomi powiedzieli, że było fajnie. Nie było za bardzo takich możliwości…. Jeśli rzecz się udała, to pokazywało się ją gdzieś w Trójmieście – na Bałtyckim Uniwersytecie Tańca, w jakimś klubie czy centrum kultury. Nikt nie zakładał, że „wyprodukujemy spektakl”, będziemy go grać i mieć trasy po Polsce i za granicą.

 

ANNA KRÓLICA: Wybacz pytanie, ale czy wtedy patrzyłaś na to z perspektywy osoby, która musi jakoś zarobić na swoje utrzymanie? To ważne, żeby przedstawić adekwatnie sytuację.

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Byłam wtedy na studiach dziennych. Marzyłam oczywiście o tym, żeby studiować taniec. Ale w Polsce takich studiów nie było, oprócz pedagogiki baletu na Akademii Muzycznej w Warszawie, gdzie bazą był taniec klasyczny, którego ja nie tańczyłam… Takie są fakty – nie jestem absolwentką Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej, jestem tak zwanym „eksternem”, co ma swoje plusy i minusy… Poszłam na jakiekolwiek studia, które wydawały mi się „związane z człowiekiem” - na pedagogikę, co mi się potem nawet przydało – uczę tańca, czasem prowadzę wykłady o tańcu. To były cudowne, pięcioletnie dzienne studia, mogłam przez pięć lat tańczyć w różnych formacjach artystycznych, robić swoje rzeczy, debiutować itd. bez specjalnego uszczerbku na ocenach. Mogłam napisać pracę magisterską o tańcu i zaliczać różne związane z tańcem przedmioty. Miałam też jakieś stypendium, plus to, co zarobiłam na jakichś zajęciach z tańca czy ewentualnie graniach… Byłam studentką dzienną – więc rodzice mi pomagali, miałam z czego żyć. Gorzej, gdy skończyłam studia i trzeba było iść do pracy. Przez pierwsze trzy lata była to zupełnie inna praca – byłam pedagogiem w przedszkolu.

 

ANNA KRÓLICA: Chciałabym wrócić do „młodego pokolenia” w Trójmieście. Kogo miałaś na myśli, mówiąc o nim?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Są ludzie, którzy tańczą na bardzo dobrym lub dobrym poziomie i zaczynają robić własne rzeczy. To oczywiście Ula Zerek, która debiutowała w Teatrze Dada von Bzdülöw, Maria Miotk - moja wieloletnia uczennica, Larysa Grabińska – te dwie ostatnie zrobiły razem spektakl inspirowany obrazem Duchampa Panna młoda rozbierana przez swych kawalerów , jednak , Maria miała też już drugą premierę – solo – i wiem, że chce dalej to robić. Ula również dostała grant na solo… Są zatem młode osoby.

 

Jest też taki rzut „pośredni” - Teatr Amareya, który obchodził niedawno swoje pięciolecie, jest Lena Majewska, absolwentka ASP i kursu instruktorów tańca, która ma swoją grupę…

 

ANNA KRÓLICA: Czy ktoś z Teatru Amareya nie pracował przypadkiem w Teatrze Ekspresji u Wojciecha Misiury?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: … nie wiem, czy Kasia Pastuszak nie była przez chwilę w Teatrze Ekspresji [to prawda, była na praktyce w latach 1999-2000 – przyp. red.]. Katarzyna Pastuszak, Agnieszka Kamińska i Ola Śliwińska spotkały się u Ani Haracz (Kino Variatino).

 

Wracając do debiutów. Rozmawiałam wiele razy z tymi młodymi osobami i padła faktycznie myśl, że oni czują się jeszcze „mali”, że trójmiejska Korporacja Tańca jest dla nich czymś nieosiągalnym i czują dystans względem jej tancerzy, że potrzebują wsparcia od nas i chcieliby jakiegoś potwierdzenia wartości ich pracy. Z drugiej strony, jeżeli to mówią – to znaczy, że nie ma tego dystansu, mogą mi to powiedzieć, przyjdę na próbę, doradzę… Dwa dni temu mieliśmy spotkanie Korporacji i jednym z punktów był problem kurateli artystycznej nad debiutantami. Może fajnie by było, gdyby te osoby zgłaszały się i mówiły: „chcę, żeby moim opiekunem artystycznym był” - np. Good Girl Killer, Cynada, Dada, Kino Variatino czy Teatr Okazjonalny. Albo konkretny artysta. Prędzej czy później to zadziała – zresztą tak już często jest, tylko odbywa się w sposób nieformalny. Nie ma co demonizować tego problemu – wierzę w młodych ludzi. Był moment, kiedy mieliśmy przestój i baliśmy się, że nic już nie będzie – a jest. Gorzej może z mężczyznami, wszyscy młodzi wyjechali na Zachód… [śmiech].

 

ANNA KRÓLICA: Rozmawiałam kiedyś z Anią Piotrowską z Fundacji EFERTE o festiwalu „PolemiQi”, który kiedyś zapełnił chyba ważną niszę – stwarzał szansę prezentacji dla ludzi, którzy nie byli jeszcze profesjonalistami, ale mogli prezentować tam swoje spektakle i skonfrontować się z doświadczonym jury. Może brakuje jakiejś kontynuacji tej koncepcji, czegoś znów „o poziom wyżej”.

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Dużo łatwiej jest pozyskać pieniądze na duże nazwisko z zagranicy, niż na organizację czegoś takiego. To duży problem systemu zarządzania kulturą. Sama składałam dwa razy projekt takiej imprezy – festiwalu „Opozycja” - i dwa razy mi odmówiono. To może wynikać z jakiegoś polskiego kompleksu… Rozmawiałam o tym wiele razy w kuluarach – nie ma gdzie się pokazywać, nie ma pieniędzy na polski taniec, by pokazywać polskich artystów. Polscy artyści są upychani między zagranicznymi, żeby wypełnić luki – bo nie ma finansów.

 

ANNA KRÓLICA: Kiedyś w Bytomiu była scena, która prezentowała polskich artystów na Konferencji, ale ta inicjatywa raczej się nie rozwija. Mam wrażenie, że w Lublinie na Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca pokazuje się stosunkowo dużo polskich zespołów… ale faktycznie, wszyscy organizatorzy przyznają, że dużo prościej pozyskać pieniądze na zagranicznych artystów.

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Może to naiwne, ale bardzo wierzę w polskich choreografów i polski taniec – wystarczy spojrzeć na jego wspaniałą przedwojenną historię. Myślę, że czerpiemy to, co najlepsze, z naszego położenia między Wschodem a Zachodem. Też występowałam na PolemiQach – poznałyśmy się z Anią [Piotrowską] na Dance Explosions, pokazując nasze pierwsze prace. Takich festiwali debiutów powinno być więcej. Nie można jednak od razu zakładać, że te rzeczy będą „średnie”, podchodzić do nich asekurancko i unikać konstruktywnej krytyki. Za mało jest festiwali zarówno na poziomie PolemiQ – półamatorskich, jak i porządnego festiwalu, który pokazywałby polskich twórców tzw. ukonstytuowanych, czyli z dorobkiem.

 

GŁOS Z SALI: Po PolemiQach jest długo, długo nic – a potem „wielkie” festiwale, np. w Bytomiu, Kaliszu… Nawet wygrywając PolemiQi – trudno pokazać gdzieś dalej zwycięską etiudę czy spektakl.

 

ANNA KRÓLICA: Z drugiej strony, wiem że na dzień dzisiejszy brakuje chętnych do udziału w programie rezydencyjnym Starego Browaru - „Solo Projekt”. Dlaczego ludzie nie chcą spróbować, gdy zapewnia im się komfortowe warunki?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Ja sama aplikowałam w zeszłym roku i nie udało mi się dostać rezydencji – miałam za duży staż i doświadczenie. Art Stations Foundation stawia na młodych artystów – ale profesjonalnych. To bardzo dobry pomysł – ale ilu jest takich artystów w Polsce? Jak zobaczymy, kto wygrywa – to są to ci, którzy wracają z zagranicy, albo tacy, którzy skończyli Akademię Teatralną, czy mają inne wykształcenie artystyczne poparte dyplomem. Ale co zresztą? Gdy rozmawiałam z innymi osobami, którym nie udało się dostać na rezydencję, doszliśmy do tego, że nie będziemy aplikować drugi raz. To dla nas jasny komunikat – nie dostaliśmy nie dlatego, że jesteśmy słabi, tylko dlatego, że jesteśmy „za mocni”. Czas na młodych – teraz wy składajcie! Jeśli nie będzie zbyt silnej konkurencji ze strony ludzi wyedukowanych za granicą, to może ktoś z was dostanie… I bardzo dobrze!

 

ANNA KRÓLICA: Trudno oczekiwać, żeby Stary Browar rozwiązał wszystkie problemy, które są w środowisku tanecznym… Z tego co było widać w ostatnich latach, Solo Projekt to duża szansa dla młodych artystów – ci, którzy z niego korzystali, przebili się do obiegu festiwalowego i nieraz zagranicznego. Warto zatem próbować. Zupełnie się zgadzam, że brakuje trochę podobnego projektu dla artystów o dłuższym stażu. To kolejne rzeczy, które trzeba zrobić – niezależnie od tego, czy zrobi to Browar, czy ktoś inny. Klub Żak też zaczął od tego roku prowadzić program rezydencyjny.

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Jest problem pewnego rozwarstwienia tanecznej społeczności w Polsce. To znaczy – mamy kilka teatrów, posiadających status instytucji i etaty, kilka zespołów które nie są instytucjami, ale działają w sposób profesjonalny; ale potem jest sporo młodych artystów, którzy nie mają wielkiego dorobku i szukają – robią swoje rzeczy… Profesjonalne zespoły pozbawione statusu instytucji mają problemy, by się utrzymać – to wielka luka. Aplikując o środki w Trójmieście, mam teoretycznie takie same szanse jak debiutanci - np. Marysia Miotk. Oczywiście, za mną stoi moje CV, kraje, w których grałam, dwadzieścia jeden spektakli, które wykonałam w swoim życiu… Formalnie jednak – nie musi to mieć znaczenia. Oczywiście to świetnie, że młodzi artyści zaczynają dostawać te pieniądze, np. stypendia ministra itp. Te kwoty nie są duże – to akurat tyle, by młody artysta mógł zrobić coś swojego i nie zwariować od tych pieniędzy [śmiech]. Jednak uważam, że Teatr Okazjonalny czy inny „starszy” teatr trójmiejski powinien dostać nie dwa tysiące, tylko dwadzieścia dwa, nie pięć tysięcy – a pięćdziesiąt – żeby móc zrobić większy profesjonalny spektakl z większą ilością tancerzy, kompozytorem, scenografem… 

 

To nie są duże sumy – jeśli porównać to z teatrami dramatycznymi, mającymi dotacje i artystów na etatach. Stało się coś takiego, że w pewnym momencie profesjonalni artyści niezinstytucjonalizowani doszli do pewnego poziomu, dostawali cenne, choć małe granty i funkcjonowali, funkcjonowali, funkcjonowali… a ich CV rosło. Tej grupie trzeba dać szansę dalszego rozwoju, sprawić, by powstało centrum tańca współczesnego, dać im normalne pieniądze na normalne produkcje, żeby mogli zaprosić do tych produkcji również tych młodych.

 

ANNA KRÓLICA: Czy jest coś, co łączy wszystkie działające w Trójmieście zespoły – oczywiście, poza miejscem pracy?

 

JOANNA CZAJKOWSKA: Trudne pytanie. Z jednej strony znamy się wszyscy osobiście bardzo wiele lat. Lubimy się, spędzamy za sobą czas, czasami chodzimy na wesela, na urodziny, jeździmy na spływy i robimy co roku wspólną wigilię itd. …To rzeczywiście przyjemne i rzadko spotykane, nie wiem, czy w innych miejscach Polski tancerze tak się ze sobą przyjaźnią, to bardzo cenne – na gruncie prywatnym. Natomiast na gruncie artystycznym robimy tak zupełnie różne rzeczy, że trudno tu mówić o jakiejś identyfikacji. Identyfikuję się z tworem, który nazywa się Trójmiejska Korporacja Tańca, z tą społecznością, z którą razem coś robimy: organizujemy festiwal, chodzimy do siebie na premiery i rozmawiamy o sztuce. Ale czy jest coś takiego, jak wspólna estetyka? Myślę, że nie. Każdy robi zupełnie coś innego – i to też jest wartością. Jeśli by się mocno uprzeć, by znaleźć coś wspólnego dla Trójmiasta, to byłaby to nasza „teatralność” - wszyscy, choć robimy skrajnie odmienne rzeczy w skrajnie różnych stylistykach, to myślimy teatrem, myślimy zdarzeniem teatralnym. U nas się robi spektakle – a nie tylko choreografie. Tak było od zarania – od Jarzynówny-Sobczak, od Teatru Ekspresji, od Melissy Monteros.

 

Spisał i opracował – Witold Mrozek

 

Rozmowa ukazała się w portalu NowyTaniec.PL 11 lutego 2009 roku

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia