ENG
A A A
 listopad 2020 

Czekając na polskiego Forsythe`a

Joanna Leśnierowska

Wywiady

WITOLD MROZEK: Dziś ostatni dzień programu „Stary Browar - Nowy Taniec na Malcie” - imprezy, która już od tegorocznej pierwszej edycji, stała się bardzo istotną i zachęcającą propozycją na mapie polskiego tańca współczesnego, prawdziwym oknem na świat. Równocześnie z poznańskim festiwalem, odbywa się także Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego w Bytomiu, najstarsza i najdłuższa polska impreza tego typu, miejsce spotkań ludzi tańca już od trzynastu lat. W związku z tym wielu z nas postawionych zostało przed wyborem: Poznań czy Bytom? Czy istnieje szansa na uniknięcie tego dylematu w przyszłym roku? Wiemy, że Festiwal Malta został przesunięty na stałe na początek lipca...

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Tak naprawdę, jest to pytanie o to czy program „Stary Browar - Nowy Taniec” zapoczątkuje nowy, odrębny festiwal, czy pozostanie „przyklejony” do imprezy teatralnej. Oczywiście marzyłby mi się osobny festiwal... Pojawiają się jednak pytania: o stronę finansową, o miejsce, w którym wszystko to się odbywa... W mieście jest wiele imprez teatralnych i nie wiadomo, czy jest ono gotowe na przyjęcie kolejnej. Wymagałaby ona zresztą od nas zdwojonych wysiłków promocyjnych i organizacyjnych. Nasz program w Browarze funkcjonuje dopiero od dwóch lat, nie chcemy się izolować, udawać że nie jesteśmy częścią kulturalnego życia Poznania. Dużym wyróżnieniem jest dla nas możliwość mocnego zaistnienia na festiwalu teatralnym, który ma swoje długie tradycje i bywał bardzo ciekawy oraz jednocześnie od jakiegoś czasu przemycał taniec w swoim programie. Cieszymy się z tej możliwość i traktujemy tę obecność i współpracę jako duży prestiż. Mam nadzieję, że nie będzie to w żaden sposób kolidowało z innymi imprezami. Tak naprawdę, oferta tańca pokazywana w Poznaniu, jest bardzo różna od bytomskiej. Sztuka ta ma jeszcze cały czas w Polsce różną publiczność. Jakiś czas na pewno będziemy się wszyscy sobie przyglądać, mam nadzieję, że potem pomyślimy o tym by dać szansę szerszej publiczności zakosztowania bardziej awangardowych zjawisk, jakie prezentujemy w Poznaniu.

 

ANNA KRÓLICA: Myślę, że to dobry moment żeby zadać pytanie o repertuar i możliwości percepcyjne polskiego widza. Program „Stary Browar Nowy Taniec” prezentuje bardzo awangardowe spektakle. Kondycja polskiego tańca współczesnego jest zupełnie inna od europejskiego, my dopiero odkrywamy ciało i możliwości ruchowe po długim okresie dominacji baletu w teatrze. Czy nie ma obawy, że widz, nawet poznański, który od lat oswaja się z estetyką tańca współczesnego - może się zniechęcić, przestraszyć i poczuć po prostu zagubiony ?

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Musimy wziąć pod uwagę, że Stary Browar Nowy Taniec na Malcie to program przygotowany specjalnie w ramach festiwalu teatralnego. Starałam się zapraszać artystów zajmujących się różnymi obszarami w obrębie sztuki tańca. Mamy tu i dobry teatr tańca i reprezentantów tańca konceptualnego, a także spektakle balansujące pomiędzy formą teatralną i taneczną. Oglądamy też przedstawienia zrobione przez zawodowych (świetnych!) tancerzy decydujących się na bardziej aktorską lub performerską obecność na scenie. Zależało mi na tym, żeby pokazać środowisku teatralnemu, stanowiącemu większość maltańskiej publiczności, że taniec jest formą sztuki która może korespondować z teatrem. Że jest ciekawy, wnosi do teatru coś świeżego... Zresztą sam teatr coraz częściej upomina się o ciało. Reżyserzy pracują z choreografami, zapraszają do swoich produkcji tancerzy. Programem w ramach Malty chcę pokazać, że taniec nie musi być kompletnie ani obcy ani podrzędny teatrowi, że te dwie sztuki mogą się na równi przenikać - a tym samym próbuję „uwieść” publiczność teatralną licząc, że złapie bakcyla i będzie wracać na spektakle taneczne. Tematyka pokazanych w tym roku spektakli zagranicznych kręci się z reguły wokół tych samych zagadnień. Wszystkie są na swój sposób auto-tematyczne. Pokazują w jak różny sposób artyści tańca podejmują te same tematy. Weźmy na przykład spektakl Anoukvandijk dc, który wiele osób nazwałoby po prostu „rasowym” teatrem tańca. Jest w nim i słowo mówione, i taniec, i wyraźna linia dramaturgiczna, pewnego rodzaju historia - jednak spektakl opowiada o samych tancerzach, spogląda z zewnątrz na moment tańca. Z kolei Simone Aughterlony (świetna tancerka, przez lata solistka Meg Stuart) opowiada o byciu tancerzem w sposób zupełnie inny. Nie nazwiemy już jej spektaklu „teatrem tańca” a bardziej performance'm, bo tańca sensu stricte nie było tam za wiele. Toczy się w ten sposób dyskusja nad formą spektaklu tanecznego, artyści dyskutują też powody i sam fakt (akt) wychodzenia na scenę i tańczenia (a często po prostu bycia w sytuacji występującego); pojawia się zatem automatycznie szersza dyskusja nad sztukami performatywnymi i performatywnością w ogóle. Interesowało mnie, by na ważnej teatralnej imprezie nie pokazywać tego na czym skupiamy się w Browarze ciągu roku. W sezonie prezentujemy głównie awangardowych choreografów - młodych i poszukujących. Faktycznie, wydawało mi się że taka oferta mogłaby być na Maltę zbyt trudna. Publiczność „wychowuje się” w ciągu roku, kiedy spektaklowi można poświęcić więcej czasu, można się spotkać z artystą, poprzedzić występ wykładem lub wprowadzeniem - dostarczyć publiczności więcej informacji niż zwyczajowa notka w programie. Natomiast wydaje mi się, że spektakle podczas festiwalu maltańskiego, oryginalne w formie, nie były zarazem trudne w odbiorze - wszystkie cechowała klarowność dramaturgiczna, czytelna „zasada” i widz teatralny miał wg mnie do nich łatwy dostęp, oczywiście jeśli tylko potrafił pozbyć się pewnych uprzedzeń i otworzyć na inną niż już mu znana taneczną propozycję. Najtrudniejsze okazało się być spotkanie z Xavierem Le Roy, który dla swojej prezentacji zaproponował nową dla wielu widzów, choć przecież starą jak świat i dobrze wszystkim znaną, formę wykładu (znów ta performatywność!) zwracając jednocześnie uwagę jak istotna dla dzisiejszych choreografów jest refleksja i auto-refleksja…. Reakcje publiczności nie dziwią mnie specjalnie (ba! nawet jestem zadowolona, że udało mi się trochę zamieszać w atrakcyjnym dla wszystkich do momentu wystąpienia Xavier programie - gra z oczekiwaniami widowni to kolejny wielki temat współczesnych artystów)….bardziej jednak martwi mnie przywiązanie, co zastanawiające zwłaszcza młodych widzów!, do utartych schematów i zamknięcie na propozycję artysty oraz formułowanie potem sądów, które kompromitują wypowiadającego … Nie wiem, czy ktokolwiek z odrzucających spektakl Le Roy słuchał ( i usłyszał) co artysta mówił…. czy zrozumiał znaczenie tego wystąpienia (propozycji), którym artysta poruszył europejski świat tańca kilka lat temu….Oczywiście, barierą może być nadal język przedstawień, ale w dzisiejszych czasach musimy się pogodzić z faktem, że by uczestniczyć aktywnie w europejskiej kulturze musimy ustalić jakiś wspólny kod porozumiewania się - w sztuce tańca to m.in. język angielski….. (pytanie, czy kodem tym jest ciało to z kolei temat na osobną dyskusję…).

 

Chciałabym przy tej okazji wygłosić pewnego rodzaju „statement”. Po pierwsze obalmy wreszcie mit, że taniec współczesny (zwłaszcza najnowsze trendy) jest sztuką dla wszystkich. Spotkanie z jakąkolwiek współczesną najnowszą sztuką, także choreografią, to przygoda, na którą trzeba być w pewnym sensie gotowym. Czy WSZYSCY regularnie chadzają do awangardowego teatru czy na progresywne wystawy? Ale przez „gotowym” myślę tu bardziej o otwartości właśnie i głodzie nowych wrażeń, szacunku dla artystycznej propozycji i zdolności do podjęcia dyskusji, a to oczywiście wszystko zależy od szerokości horyzontów, wykształcenia, wcześniejszych doświadczeń ze sztuką… Osobiście nie uważam, jakoby taniec wymagał od tych, co decydują się go oglądać, jakichś specjalnych predyspozycji. Nie mówię tu tylko o teatrze tańca, ale o jakimkolwiek dobrym spektaklu tanecznym. Wydaje mi się, że to pułapka, w którą wpędzają się i artyści i widzowie. Fajne we współczesnym tańcu jest to, że szanuje się widza, traktuje się go jak partnera, zdolnego do przyjęcia dzieła i do dyskusji nad jego treścią. Jeżeli komunikacji scena-widownia w ogóle nie ma, to może coś jest nie tak ze spektaklem? Pragnęłabym skończyć z systemem programowania, który nazywam bieganiem za pociągiem zwanym „Taniec współczesny”. Ten pociąg odjechał, jedzie już od dawna - a my ciągle za nim biegniemy i ciągle naturalnie pozostajemy w tyle… Interesuje mnie wejście od razu do wagonu z tabliczką TERAZ, w którym siedzą wszyscy inni na świecie. Jesteśmy przecież równie inteligentni, mamy ogromne doświadczenie teatralne, uczestniczymy na tym samym poziomie tak w kulturze masowej, pop kulturze, jak i sztukach wizualnych… Zupełnie nie rozumiem, dlaczego akurat to najnowszy taniec ma być poszkodowany przez nie prezentowanie, a widz tym samym uznawany za w pewnym sensie niepełnosprawnego?, dlaczego mamy nie móc skomunikować się z artystą, który tworzy tu i teraz i dzieli te same doświadczenia? Większość artystów przyjeżdżających do Browaru w ciągu roku jest w wieku osób siedzących na widowni… Wydaje mi się, że ta sama trudność w odbiorze stoi przed każdym, kto idzie choćby na wystawę nowoczesnego malarstwa abstrakcyjnego. Stajemy często przed obrazem i nie mamy pojęcia, o co chodzi… Przekaz często usytuowany jest na poziomie pozarozumowym, odczuwania koloru, kompozycji... Taniec posługuję się równie często pozarozumową, pozawerbalną stroną komunikacji. Tych poziomów jest bardzo wiele. Nie ma momentów, kiedy spektakl nie przemawia w ogóle do widza - jeżeli do tego dochodzi, znaczy to, że spektakl jest po prostu zły. Albo nasze oczekiwania wobec niego były z gruntu fałszywe, bo nie można wymagać od artysty konceptualnego żeby odwoływał się do magicznych cielesnych energii i nieokreślonych emocji skoro dla niego najważniejszym mięśniem człowieka jest mózg….

 

ANNA KRÓLICA: W trakcie przedstawień dużo ludzi wychodzi. Również komentarze i relacje w prasie są czasem zaskakujące, albo dziennikarze narzekają na brak fabuły albo od razu diagnozują występy tancerzy jako „cyrkowe popisy”. Może widzowie i krytycy przychodząc na kolejne przedstawienia, oczekują widowiska tanecznego - a tym czasem tancerze mało tańczą, a dużo rozmawiają. Większość spektakli jest autotematyczna, dotyczy nowego spojrzenia na formę, taniec i wykonawców.

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Nie ma innej recepty, żeby tego uniknąć, niż zacząć wreszcie regularnie pokazywać nowe spektakle. Spektakle ateatralne, efekty poszukiwań abstrakcyjnych, filozoficznych - zgadzam się, są trudne. Ale im więcej ich oglądamy, tym większa w nas świadomość tych zjawisk. Nie chcę nikomu wmawiać, że to co dzieje się u mnie, w Słodowni, jest najlepsze i najważniejsze. Chciałabym pokazać różnorodność i dać widzom prawo wyboru. Czasem ludzie przychodzą do mnie po spektaklu i są wdzięczni za możliwość jego obejrzenia, co nie jest równoznaczne z całkowitym zrozumieniem czy akceptacją tego, co się ogląda! Szanujemy propozycję, szanujemy to, że mamy szansę spotkać się z artystą i podjąć z nim dialog - dyskusja i refleksja są nierozerwalne ze współczesną sceną taneczną. Program na Malcie zwłaszcza po pokazie Xaviera Le Roy'a, biologa molekularnego, choreografa, teoretyka i filozofa sceny, miał to pokazać… Krytyka poprzez sztukę woła o przywrócenie tańcowi refleksji, autoświadomości i autonomiczności.

 

ANNA KRÓLICA: Zgadzam się, cieszy mnie autotematyzm prezentowanych w Słodowni propozycji - to budzi dyskusję nad tym, czym jest spektakl teatralny, czym spektakl taneczny w rozumieniu teatru. Ponadto widz, o którego tak się martwię, zupełnie przypadkowy odbiorca, mógłby „zagubić się” w przedstawieniu o innej awangardowej formie. Jednak autotematyzm i gra z formą, tłumacząc same siebie, dają szansę na odnalezienie...

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Wydaje mi się, że udało mi się znaleźć spektakle z różnych gatunków tanecznych, które łączy przede wszystkim dla mnie priorytetowa wysoka jakość, wartość artystyczna. To trochę tak, jakby kłócić się czy malarstwo figuratywne jest lepsze od abstrakcyjnego, czy teatr tańca jest lepszy od tańca konceptualnego… Znam mnóstwo artystów konceptualnych, którzy uwielbiają Pinę Bausch, uważają ją za jeden ze swych wielkich autorytetów i jednocześnie przedstawicieli teatru tańca podziwiających choreografów konceptualnych. To, czym zajmujemy się w życiu jest wyborem pewnej drogi - nie oznacza jednak negacji innych form, to byłoby infantylne i głupie.

 

Wiele lat nieobecności w Polsce innych niż teatr tańca form tanecznych, spowodowało szczególną sytuację przekonania, że każdy taniec na scenie to teatr tańca. Zmiana tego przekonania wymaga sporej cierpliwości i wielu lat pracy. Wierzę, że tylko nie odwracając się od tego problemu możemy coś zdziałać. Nawet jeśli kilku widzów wychodzi, większość mimo wszystko zostaje i to napawa mnie nadzieją…. Wydaje mi się, że we współczesnej sztuce kryterium „podoba mi się/nie podoba mi się” przestało tak naprawdę obowiązywać. Nie jest i nie może być to już jedyne kryterium oceny. Dzieło jest czymś więcej, niż tylko próbą przypodobania się widzowi. Jest wiele spektaklów, które mają na celu podrażnienie wrażliwości widza, grę z jego oczekiwaniami. To także staje się tematem sztuki. Taniec nie zawsze musi być przyjemnym „body-masażem”, nie chodzi o to, żeby nam się zrobiło miło i przyjemnie… Teatr także zna takie przypadki - przywołajmy choćby teatr okrucieństwa Artauda…. Najważniejsza, jeszcze raz to podkreślę, jest postawa otwartości wobec propozycji, próba zrozumienia działań artysty, a nie odrzucanie wszystkiego a priori, ponieważ „forma jest (lub wydaje nam się) nowa”.

 

WITOLD MROZEK: Co do czekających nas lat pracy... Jakie są plany programu „Stary Browar - Nowy Taniec” na najbliższy czas?

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Jesteśmy po dwóch sezonach bardzo intensywnej prezentacji tańca, pokazaliśmy ponad czterdzieści spektakli - głównie artystów zagranicznych. Teraz przyszedł czas na zmianę dynamiki programu. Bardzo zależy mi na wzmocnieniu „misjonarskiej” strony naszej działalności - to znaczy na rozwinięciu programu rezydencyjnego i stworzeniu w Studiu w Słodowni przestrzeni kreacji. Zależy mi na tym, żeby nie żyło ono tylko energią artystów- gości, którzy przyjeżdżają do nas na jeden spektakl, choć spotkania z nimi są oczywiście bardzo ważne... Chcę żeby przez cały rok Browar tętnił energią młodych ludzi, którzy próbują swoich sił w choreografii. Chcemy stworzyć coś na kształt centrum choreografii, gdzie można by było aplikować o stypendia twórcze i po prostu tworzyć spektakle. Jest to paląca konieczność wobec braku jakichkolwiek innych rządowych czy ministerialnych programów, czy miejsc gotowych oddać chociażby samą przestrzeń młodemu artyście… Nieistotny jest dla mnie w tej chwili gotowy efekt, nie spodziewam się cudu i europejskiego poziomu spektaklu - do niego tak naprawdę trzeba dążyć, a nie oczekiwać, że się natychmiast pojawi. Chodzi przede wszystkim o umożliwienie ludziom pracy, o twórczy proces…. Może pierwszy, drugi, trzeci spektakl będzie zły, nieciekawy, ale czwarty i piąty zawierać będą jakieś nowe pierwiastki - zaś szósty... może okaże się arcydziełem? Może uda nam się kiedyś odkryć polskiego Forsythe'a, albo polską Pinę Bausch... ? Może oni już chodzą po ulicy i nie wiedzą jeszcze, że mogliby się zajmować tańcem. Strona edukacyjna nie będzie miała na celu upowszechniania samej idei tańca - to jest świetnie realizowane przez Ewę Wycichowską i Jacka Łumińskiego, poprzez wiele festiwali i warsztatów. Chodzi mi o wspieranie profesjonalnego środowiska, które nie ma tak naprawdę żadnego miejsca, gdzie mogłoby się spotykać, pracować i rozwijać.

 

WITOLD MROZEK: Nasuwają się dwa pytania. Po pierwsze, czy to oznacza zmniejszenie częstotliwości prezentacji zagranicznych spektakli...

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Do tej pory prezentowaliśmy dwa-trzy spektakle w miesiącu. Myślę, że nie będzie dużą stratą, jeśli zgromadzimy te spektakle w większych blokach, co drugi miesiąc. W ciągu roku nie przyjeżdża do Poznania tylu widzów, co podczas Malty... Jesteśmy wyczuleni na to, jakim rytmem żyje Poznań i poznańscy studenci - nasza główna publiczność. Silne bloki prezentacji jesienią i wiosną, a do tego silny festiwal - myślę, że to jest to, co potrzebne jest i miastu i środowisku. W międzyczasie - przede wszystkim praca, produkcja, projekty łączące zagranicznych artystów z młodymi polskimi artystami, choreografów z tancerzami.

 

WITOLD MROZEK: Takie „zagęszczenie” programu na pewno okaże się też lepsze dla publiczności dojeżdżającej spoza Poznania, nierzadko z daleka. Czy wiadomo już konkretnie, kto następny - po Anicie Wach i Januszu Orliku - zostanie artystą-rezydentem Starego Browaru?

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Wiemy, że najbliższą produkcją będzie październikowy projekt łączący reżysera teatralnego - Norberta Rakowskiego - i czterech bardzo dobrych, doświadczonych polskich tancerzy: Leszka Bzdyla, Witka Jurewicza, Ryszarda Kalinowskiego i Jacka Owczarka. Punktem wyjścia będzie „Czekając na Godota” Samuela Becketta, zobaczymy co z tego wyjdzie... Muzykę pisze znany jazzman. Mam nadzieję, że już z samego spotkania tych artystów powstanie jakaś ciekawa jakość….

 

Jesień - tradycyjnie już - będzie czasem prezentacji polskich artystów, ale będziemy gościć także piękny młody duet z Brukseli. Natomiast do końca roku będzie najprawdopodobniej ogłoszony konkurs na rezydencję, otwarty na aplikacje ludzi z całej Polski. W ostatnim roku ruszyliśmy z Solo Projektem, solo było motywem przewodnim sezonu. Mieliśmy zobaczyć troje tancerzy, niestety kontuzja sprawiła, że było ich tylko dwoje. Wiemy więc na pewno, że powstanie zaległe solo Tomka Wygody. Być może zaprosimy kolejnych solistów, a być może pokusimy się o jakąś większą formę - wszystko to zależy jednak od tego, jakie będą potrzeby artystów, jakie otrzymamy propozycje projektów…

 

ANNA KRÓLICA: A co będzie z rozwojem polskich choreografów?

 

JOANNA LEŚNIEROWSKA: Jedyny sensowny sposób, który przychodzi mi do głowy, to po prostu zapraszanie dojrzałych zagranicznych choreografów na tak zwane coaching projekty, czyli do współpracy z młodymi polskimi tancerzami, którzy chcieliby się zająć choreografią. Ja to nazywam „ładowaniem baterii”: organizuje się projekt, w którym doświadczony choreograf staje się pewnego rodzaju „trenerem artystycznym” - młodzi twórcy pracują cały rok, spotykają się z trenerem na sesje; otrzymują dużą dawkę informacji, co z nimi potem zrobią zależy już tylko od nich… Zobaczymy, co z tego wyjdzie (i kiedy)... Wydaje mi się, że wszystkie programy rezydencyjne, o których myślę polegają na dużo bardziej kompleksowym wsparciu, niż tylko wpuszczeniu tancerza do sali i pozostawieniu go samemu sobie. Mój zawód (kilka lat pisałam o tańcu, spotykam wielu twórców i oglądam w ciągu roku mnóstwo produkcji) w pewnym sensie determinuje moje wybory i to, że staram się także wspierać artystów merytorycznie nie narzucając im jednocześnie jednego punktu widzenia…Stąd mogły powstać w Browarze tak różne sola jak Anity i Janusza. Dla mnie ważna jest na tym etapie szczerość procesu i potencjał młodego artysty, natomiast wybór idiomu (formy ruchu, formy spektaklu) w jakim tancerz pracuje to jego indywidualna decyzja, ja nie mam prawa i nie chcę w nią ingerować… Staramy się dostarczać naszym młodym artystom wielu ważnych informacji, istotne jest także to, że mogą oglądać inne spektakle - a przede wszystkim fakt, że mają dostęp do profesjonalnej sceny z profesjonalnym oprzyrządowaniem i oddaną do ich usług ekipą techniczną. To wpływa na ich rozwój - wielu z nich po raz pierwszy w życiu nie musi stawać wobec idiotycznych (artystycznych) kompromisów w rodzaju - „zaświecić pięć lamp czy jedną”? Obserwując nasze spektakle doszłam do wniosku, że brak profesjonalnych możliwości scenicznych wywarł silne piętno na dzisiejszą estetykę polskiego tańca - większość produkcji realizowanych jest w domach kultury, ta swoista „domokulturowość” to nic innego jak prowizoryczność, niedoświetlone - dosłownie i w przenośni - sceny…. Mam nadzieję, że kompleksowe wsparcie, które artysta otrzymuje w Słodowni, pomoże w dążeniu młodych ludzi do pewnego standardu, bez którego nie mamy szans się rozwinąć. Chcemy pokazać, że ten standard już teraz można osiągnąć i nie trzeba już więcej ograniczać swojej wyobraźni. W Browarze to artyści są najważniejsi i z zasady wszystko jest możliwe, trzeba tylko bardzo chcieć i o to walczyć….(i pokochać nasze niewysokie studio…).

 

Rozmowa ukazała się w portalu NowyTaniec.PL 19 lipca 2006.

INFORMACJA DLA UŻYTKOWNIKÓW SERWISU
Przed przystąpieniem do użytkowania Serwisu www.taniecpolska.pl operator Serwisu poleca zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu.
Operator Serwisu poleca w szczególności zapoznanie się z postanowieniami Polityki Prywatności Serwisu w zakresie: Zapoznanie się z Polityką Prywatności Serwisu pozwoli wszystkim Użytkownikom na korzystanie z Serwisu zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi oraz własną wolą wyrażoną w odpowiednich zgodach.
Operator Serwisu jest gotów odpowiedzieć na ewentualne pytania w sprawie wykonywania Polityki Prywatności Serwisu.
Nie pokazuj więcej tego powiadomienia